piątek, 8 lutego 2008

Ergometr – mistrzostwo

Postaram się przybliżyć trening, który doprowadził mnie do Mistrzostwa Polski, ale najpierw anegdotka.

Wymiana zdań ma miejsce na siłowni, gdzie stoją cztery ergometry, rzecz jasna – concept2 model D. Za dwa lata od tego momentu sięgnę po mistrzostwo, ale nie uprzedzajmy faktów.
Wchodzimy grupką biegaczy po treningu i nagle, któryś z nas rzuca niezobowiązujące: „pościgamy się?”.
Wytrawni wioślarze teraz mogą pękać ze śmiechu, ale my, zupełnie zieloni, nie mając pojęcia o trudności wysiłku, skwapliwie i ochoczo przystajemy na to zaproszenie do wyścigów jednocześnie licytując się:
- na pięć?
- nie, na dychę!
Obsługa siłowni sprowadziła nas na ziemię proponując najpierw na 1 kilometr. 1000 metrów.

Zaczęliśmy wyścig (opór ustawiony na „10”, bo jakżeby inaczej).
Po 200 metrach czułem, że będę mistrzem świata.
Po następnych 200 metrach, że może uda się wygrać.
W sumie po 600 metrach wiedziałem, że połowa jest już za mną, ale może nie trzeba się już ścigać.
Po następnych 200 metrach – że zostało jeszcze tylko 200 metrów i potem będzie można umrzeć.
Po 1000 metrach, że żyję i się udało, choć wcale nie byłem pierwszy.
Uzyskałem czas ok. 3:20 i połknąłem bakcyla.



Rok później wystartowałem na Międzynarodowych Mistrzostwach Polski na Ergometrze Wioślarskim (MMPnEW) i zająłem 7 miejsce z czasem 3:09,3.

Za rok, w 2007, miałem spełnić swoje marzenie.

Była to dla mnie zupełnie nowa dziedzina, ale nie była zbyt skomplikowana technicznie (czego nie można powiedzieć o samym wioślarstwie).
Pomyślałem sobie, że skoro jestem trenerem, który uważa siebie za specjalistę z zakresu treningu wytrzymałościowego, to mimo jeszcze jednej komponenty – siły, powinienem sam się przygotować do zawodów.

Tylko w ten sposób mogłem udowodnić, że niekoniecznie trzeba znać autopsyjnie daną dziedzinę sportu, by osiągnąć w niej weterański sukces. To tylko fizjologia i biochemia, których prawa są niezmienne i niepodważalne.

***

Przedstawię ostatnie trzy miesiące przygotowań na ergometrze. Wcześniej pływałem na łódce szykując się do weterańskich zawodów na wodzie. Sprawiały mi dużo frajdy.


Legenda:
a. łódka – na łódce, na rzece, ok. 10 km;
b. 20’ – basen – 20 minut na basenie wioślarskim – rozgrzewka i technika, zamiast tego mogłaby być wolna jazda na ergometrze;
c. @ - oznaczenie tempa na 500 m;
d. 4x300 m @1:26-1:27 – 4 powtórzenia odcinka 300 metrowego wykonywane w tempie 1:26-1:27/500 m; przerwy między powtórzeniami wynosiły z reguły 2 minuty;
e. 50' - piramida – ergo – około 50minut pracy na ergometrze wg. schematu: 20’ @2:00 + 15’ @1:55 + 8’ @1:50 + 2’ odp. + 4’ @1:45 + 2’ odp. + 2’ @1:40 + 2’ odp. + 1’ @1:35 + 2’ odp. + 30” @1:30;
f. siła – siłownia

Uwagi:
1. Ułożenie jednostek treningowych w tygodniu było różne; to, że dany trening jest na pierwszym miejscu nie znaczy, że był w poniedziałek, oznacza, że wykonałem go jako pierwszy w tygodniu;
2. Obciążenie na ergometrze z reguły ustawione miałem na 6, a czasami nawet na 7;
3. 9. i 10. tydzień, to okres świąteczno-noworoczny;
4. Siłownia wymaga oddzielnego rozpisania i kiedyś taką rozpiskę zamieszczę.

***

I w ten sposób w 2007 roku, w styczniu zostałem mistrzem i rekordzistą.

***

Na pytanie czy mógłbym „pojechać” na mistrzostwach lepiej? Odpowiadam – tak, ale wiecie jak to jest, gdy niezagrożony zdążasz do mety i wiesz, że jak zwolnisz, to i tak nikt ciebie nie przegoni.

I trzeba podnieść ręce do góry w geście zwycięstwa, uśmiechnąć się i rozejrzeć po trybunach.

I minąć linię mety.

I podziękować przeciwnikom, bez których ta walka nie miałaby najmniejszego sensu, a wygrana smaku.

Wygrałem.

Brak komentarzy: