czwartek, 9 października 2014

IM Barcelona 2014

Przed wynalezieniem DADA, DADA już tam było.
Andrzej Dziubek, Holy Toy 
Dada, utwór nr 6: Lad Nada
z płyty Warszawa (LP, 1982 wydanie na CD 1989), 


Od ładnych kilku miesięcy lansuję w gronie amatorskiego triathlonu tezę o udziale w  zawodach Ironman rozgrywanych na koniec sezonu, czyli jesienią i wiem, że paru triathlonistów już uległo moim sugestiom.
Dla amatora taki układ jest ze wszech miar korzystny i... oszczędny, a zalet jest w nim więcej niż wad.


Każdy, kto mnie zna, zna też pełne uzasadnienie tej tezy, dlatego nie będę jej rozwijał.

Napomknę tylko, że tym, którzy planują w odległej przyszłości "zrobienie Ironmana" polecam termin jesienny i rok 2016.
Pojedźmy tam wzorem byłych spektakularnych i bezprecedensowych akcji tworzonych przez IM 2010: Klagenfurt 2010 (to oficjalnie od tego momentu rozpoczęła się moda na triathlon w Polsce), Frankfurt 2012 (największy ilościowo start Polaków na zagranicznych zawodach).
Im więcej nas będzie, tym sukces i radość będzie większa.
A i nie bez znaczenia jest wpływ na organizatora, kto uczestniczył w projektach organizowanych przeze mnie, ten wie o czym piszę.

Rzecz jasna znajdą się też tacy, którzy będą chcieli sprawdzić czy mam rację i szybciej zaliczyć start w IM Barcelona, bo już w roku przyszlym, 2015-stym.
By i im również ułatwić start i przybliżyć panujące warunki pojechałem tam wraz z dwoma członkami Sidor Teamu, Przemkiem i Tomkiem, przetestować ideę na "żywym organizmie".
Postanowiłem, za obopólną aprobatą, że oni, zmęczeni sezonem, w pełni będą doświadczać uroków startu, a ja będę się temu przyglądał i opiszę dla innych.


Bohaterowie wyjazdu:
Przemek - w roku bieżącym, raptem kilka tygodni wcześniej, zrobił życiówkę w Kalmar: jedenaście godzin! 11:00:38 i dołożył swój piąty tytuł Ironmana do osobistej kolekcji.
Tomasz - też się ścigał w Kalmar i ukończył wyścig w czasie adekwatnym do swoich sporadycznych przygotowań.
Obaj chcieli mieć życiówkę. Obaj chcieli przeżyć przygodę. Obaj doświadczyli jednego i drugiego, ale nie uprzedzajmy faktów.


Dojazd na miejsce:
IM Barcelona jest dość mylącą nazwą. Popatrz na mapkę, na górze. Toż to kilkadziesiąt kilometrów dalej!
Nie nastawiaj się na zwiedzanie Barcelony w wolnym czasie jeśli przyjedziesz tylko na weekend, na zawody. Nie wyrwiesz się. Szkoda czasu.


Z lotniska w Barcelonie (El-Prat) do Calelli dojechać jest nadzwyczaj łatwo i tanio, bo polecam samolot, nie samochód.
Z lotniska: 3 przystanki pociągiem R2 (spotyka się też informację, że to C2) i przesiadka na Sants do pociągu R1 (C1). Wysiada się w Calelli, a jazda z lotniska trwa ok. półtorej godziny (nie pamiętam dokładnie).
Bilet na pociąg relacji: lotnisko - Calella kosztuje niecałe 5 euro za 1 osobę.
A transfer między terminalami lotniczymi odbywa się bezpłatnym autobusem

Jeśli przeraża ciebie koszt kupowania walizki rowerowej, to zapakuj rower w karton.  Na lotnisku widziałem wszelkie możliwe rozwiązania w przygotowaniu roweru do transportu lotniczego.


Teraz trochę o trasach i strefach zmian.
Trasa pływacka to jedna pętla, w morzu, bardzo słonym, falującym z dość odczuwalnym prądem; start jest oddalony od T1 o ok. 1,5 km. 
Rowerowa, to 3 pętle, "tam i z powrotem", prawie po płaskim, bo niewielkie wzniesienia przyjemnie umilają trasę. Droga może być narażona na silny wiatr od morza; może, ale nie musi.
Biegowa - 4 kółka, trasa „tam i z powrotem”, czyli ten sam odcinek pokonuje się 8 razy (4 razy w jedną stronę, 4 razy w drugą; tak jak stara trasa biegowa np. w Borównie); moim zdaniem jest dość wąska.
Strefa zmian (T1 / T2), to to samo miejsce: trawiaste, ze sztucznej trawy, boisko zamienione na rozległą strefę.


Expo bardzo skromne. 20 namiotów wystawców wzdłuż nadmorskiego bulwaru.
Pasta party prawie symboliczna.
Posiłek po: standardowy; mnie urzekły prażone migdały, innych prawdziwe piwo.

Zakwaterowanie i możliwości bytowe:
Hotele: do wyboru do koloru, przecież Calella to spory kurort wypoczynkowy.
Za to miejsc do parkowania w pobliżu strefy zmian lub startu/mety może nie być za wiele.

Uwaga dla kibiców:
Wyrwanie się na trasę rowerową z Calelli może być nieco utrudnione, ale dość dobrze można obserwować zawodnika na wzgórzu przy latarni, bo na dole zjazdu jest nawrót na rondzie na kolejne pętle.

Krótko o samych zawodach:
4:30 pobudka i śniadanie - ironmanowy standard.
Jest ciemna noc, jasno zaczyna robić się po siódmej, ten fakt tłumaczy późne rozpoczęcie startu.
Przed 7:00 zawodnicy wychodzą z hoteli do strefy i... zaczyna padać, pada, coraz mocniej pada, burza!
Grzmoty, pioruny, strumienie wody na ulicach, a woda płynie strumieniami aż po kostki.
Burza jest coraz bliżej i w którymś momencie po błyskawicy z jednoczesnym grzmotem (było bardzo blisko) w całym miasteczku gaśnie na 10 sekund światło. Na szczęście bardzo szybko sytuacja wraca do normy, czyli znowu prąd płynie w przewodach i latarnie rozświetlają ciemne ulice.
Czyż to nie wspaniałe preludium do zawodów IM?!



Start jest późno: 8:30, bo dopiero przed 8:00 zaczyna się rozwidniać (
jako kolekcjoner wschodów słońca coś wiem o tym), ale ze względu na przechodzącą burzę jest opóźniony o 30 minut. Zawodnicy mogą przeczekać niepokojące 30 minut minut w namiocie, bo jest zimno i nie wiadomo czy będzie triathlon czy duathlon.


Najpierw profi potem reszta w systemie już przyjętym przez organizatorów, czyli falami; rzekomo na wniosek "przerażonych" i słabych pływaków, ale też w rzeczywistości dająca możliwość podniesienia limitów z 2000 startujących nawet o 1000 więcej.
A to jest niebagatelny zastrzyk gotówki dla organizatora.
Na szczęście, momentami nawalny, deszcz w trakcie etapu pływackiego słabnie i w końcu przestaje padać.


Zawodnicy wyjeżdżają sukcesywnie na trasę, a słońce wychyla się zza chmur. Wymarzone warunki na rower!
Kto przerażony burzą zmienił pełne koła na szprychowe, a było całkiem sporo takich osób, wie że popełnił błąd, trudno.


Ciepło i grzejące słońce nie pomaga w bieganiu, nawet po zadrzewionym bulwarze, ale słońce zachodzi za chmury, a pod koniec dnia zaczyna padać. Na szczęście lekko i przelotnie. W ten sposób deszcz zamyka poetycką klamrą zawody.


Ostatni zawodnik na mecie był około godziny 1-szej w nocy. I jego też witały legendarne słowa: "You are an Ironman!".


Polscy Ironmani z IM Barcelona 2014:
  • Bula, Piotr  10:49:51 
  • Dlugolecki, Piotr  11:51:44 
  • Gabryszak, Maciej  12:37:33 
  • Gasiorowski, Piotr 09:58:30 
  • Gebhardt, Jakub  10:43:47 
  • Kedzior, Grzegorz  11:27:34 
  • Kosciuczuk, Lukasz 11:56:32 
  • Lapawa, Dariusz  13:41:38 
  • Luczyn, Marcin  10:49:08 
  • Lunkiewicz, Jagna  13:27:36 
  • Madej, Piotr  14:54:26 
  • Przywarty, Przemyslaw  10:55:13 
  • Skotarek, Piotr  11:58:10 
  • Toll, Tomasz  11:31:07 
  • Wernik, Marcin  11:47:23 
  • Wnuk, Tomasz  13:39:11 
  • Woznica, Julien  11:34:59 

A tak się wita wracającego do domu męża Ironmana (6-sty tytuł) z nową życiówką!




Brak komentarzy: