sobota, 11 października 2008

Frederick Forsyth a triatlon

Na jesień mam dla wszystkich szczyptę motywacji.
I to motywacji dość fantastycznej, czyli wielce prawdopodobnej.

Chciałbym przedstawić książkę autorstwa Fredericka Forsytha „Mściciel” (org. Avenger). Powieść została wydana przez Świat Książki (ISBN 83-7391-905-8) i przełożona z angielskiego przez Jacka Manickiego i Witolda Nowakowskiego.



I teraz najważniejsze, czyli jak to się ma do triatlonu i sportu, który jest wiodącym tematem tego bloga?

Otóż, poczytajcie:

„Samotny biegacz dotarł do pagórka i znów rozpoczął walkę z bólem. Była to zarazem tortura i terapia. Dlatego biegł dalej”.

I co? Nieźle się zaczyna, prawda?
No to czytajcie dalej!

„Bez przerwy słyszał od znajomych, że triatlon jest najcięższą ze wszystkich dyscyplin. Brutalną i bezwzględną. Wprawdzie dziesięcioboista musi więcej umieć, a pchnięcie kulą wymaga o wiele większej siły, lecz tylko triatlon sprawdza ludzką wytrzymałość i odporność na ból i zmęczenie”.

Ciekawe zestawienie i porównanie. No, a określenie triatlonu jako dyscypliny bezwzględnej i brutalnej jest po prostu pyszne!

„Biegacz z New Jersey, tak jak co dzień, rozpoczął trening już przed świtem”.

Oto przykład godny naśladowania: codzienny trening rozpoczynający się przed świtem!

„Najpierw pojechał aż nad jezioro. Po drodze zdjął rower z paki i przywiązał łańcuchem do drzewa. Tak na wszelki wypadek, żeby nie ukradli”.

Niestety, tam też kradną. Zwłaszcza fajne rowery.

„Dwie minuty po piątej rano włączył stoper, obciągnął mankiet neoprenowej pianki i zanurzył się w lodowatej wodzie”.

Nieźle.

„Trenował triatlon olimpijski, czyli taki, w którym długość etapu mierzona jest w metrach”.

Dość oryginalna klasyfikacja triatlonu. Ale nie dziwmy się Amerykanom, oni mierzą wszystko w innych jednostkach.

„Tysiąc pięćset metrów pływania to prawie cholerna mila. Wyszedł na brzeg, szybko zrzucił piankę i został tylko w szortach i koszulce”.

No, i tyle o pływaniu powinno wystarczyć.

„Wsiadł na wyścigówkę i odjechał. Czterdzieści kilometrów spędził pochylony nisko nad kierownicą, pedałując jak na finiszu. Już dawno zmierzył trasę na jeziorze i wiedział, do którego drzewa płynąć. Po godzinie jazdy bocznymi drogami w oznaczonym miejscu pozostawił rower i rzucił się do biegu”.

Teraz kończy się pewnie obca autorowi jazda na rowerze. Ale to jest nieistotne. Ważnym jest, że z podanego czasu wnioskuję, że bohater pędził 40 km/h. Jak sobie przypomnę zdanie, o codziennym treningu, to jestem pod wrażeniem.

„Ostatni etap liczył dziesięć kilometrów. Końcówka zaczynała się przed wiejską bramą. O, właśnie minął ją przed chwilą. Ostatnie dwa tysiące metrów miał pod górę. Zadnej litości dla organizmu, żadnego odpoczynku”.

Teraz zamiast krótkiego komentarza polecam chwilę skupienia nad tekstem, gdyż będzie naukowo.

„Bardzo bolało, choćby dlatego, że wciąż forsował różne grupy mięśni. Ani kolarz, ani maratończyk nie potrzebują silnych ramion i piersi pływaka. Dla nich to tylko zbędny balast.
Z kolei szybkie ruchy nóg cyklisty są całkiem odmienne od rytmicznych kroków długodystansowca. Tu przydają się zgoła inne ścięgna i muskuły. Nawet tempo, choć też równomierne, nie przystaje jedno do drugiego. Triatlonista musi być wszechstronny – to na dobrą sprawę trzech dobrych sportowców w jednym”.


To nie koniec ciekawych akapitów. Czytać należy bardzo uważnie dalej.

„Dla dwudziestopięciolatka to prawdziwy koszmar”.

Czyżby się nie nadawali?

„Pięćdziesięciolatków powinno się wyrzucać z trasy, z powołaniem na przepisy konwencji genewskiej. A nasz biegacz właśnie w styczniu miał pięćdziesiąte pierwsze urodziny. Rzucił okiem na zegarek i aż jęknął w duchu. Niedobrze. Kilka minut poniżej najlepszego czasu. Spiął się w sobie, żeby stoczyć końcowy pojedynek z wrogiem”.

Nasz bohater jest kimś wyjątkowym. Właśnie o takich ludziach pisze się książki!

„Olimpijczycy starają się dotrzeć do mety w dwie godziny i dwadzieścia minut. On to robił w dwie i pół godziny. Teraz jednak czas uciekał, a do celu pozostały wciąż dwa kilometry”.

Polecam zerknięcie w tabele wyników z igrzysk olimpijskich. W ramach przerwy w czytaniu.

Pomijam kilka zdań opisujących trasę biegu bohatera oraz zdań, w których dowiadujemy się kim jest. Zaciekawionych odsyłam do książki.

„Na obolałych nogach pokonał pięćset metrów dzielących go od zakrętu Chasepeake Drive na południowym końcu osady. Tu mieszkał i tu kończyła się jego golgota. Zwolnił, zatrzymał się i nisko zwiesił głowę. Oparł się ręką o drzewo i dyszał przez dłuższą chwilę. Dwie godziny trzydzieści sześć minut. Daleko od rekordu”.

No i jak?
Trenujecie czy pędzicie do księgarni doczytać kim jest bohater i czym się będzie zajmował?

***

Dla miłośników statystyki i matematyki mam zadanie. Ile czasu biegł bohater 10 kilometrów?

4 komentarze:

Przemek pisze...

Eee no nie da rady policzyc bez przyjecia jakis zalozen...

BartekJ pisze...

Nie da rady policzyć.
Skoro bohater skończył bieg pod domem, to znaczy że samochód i pianka zostały nad jeziorem a rower "w oznaczonym miejscu". I kto to wszystko pozbiera?

DS pisze...

W książce jest wyjaśnione, kto to zbiera, ale dla celów popularyzatorskich triatlon pominąłem te fragmenty.

Marcin Kozioł pisze...

Koleś zużył 2h 36m na pokonanie całej trasy. Godzinę rowerował (Pekin 2008: najlepsi ok 58 min) co mu daje 1:36 na pływanie + bieganie.

Najlepsi olimpijczycy w 2008 w Pekinie pływali 18 minut, a biegali nawet poniżej 31 min, czyli razem ok 50 minut.

Nasz bohater gdzieś zwolnił mocno, a co robił przez 46 minut?

Nawet jeśli płynął 2 razy wolniej niż olimpijczycy, tj. 36 minut, to biegł prawie godzinę.

Biegł 10km w 50-60 minut. :)