poniedziałek, 7 lutego 2011

22. Marrathon Marrakech

Już wróciłem!
Z Marakeszu, z Maroka, z Afryki, z ich zimy, która dla mnie była latem, do naszej zimy, która choć łagodna zdaje się być biegunem zimna.



30 stycznia 2011 rozegrano: 22. Edition du Marathon International de Marrakech.

Jaki był ten wyjazd?



Dzień wcześniej odbieram numer startowy w wiosce maratońskiej, czyli kilku namiotów rozstawionych w centrum miasta.
Podaję paszport, znajdują moje nazwisko na liście, dostaję numer i koszulkę, i... następny. Już, koniec, żadnych dodatkowych formalności, żadnego dodatkowego wystawania w kolejkach, żadnego wypełniania jakiś kart. Dwie osoby obsługują biuro maratońskie i półmaratońskie dla obcokrajowców, dalsze dwie dla Marokańczyków i rezydentów, i jest to sprawna obsługa. Bardzo!



Wcześnie rano muezin wzywa na modlitwę, my przygotowujemy się do startu. My, bo w tym samym hotelu spotykam się z kilkoma biegaczami z Polski.
Pogoda wymarzona: po deszczu, niebo zachmurzone, temperatura ok. 10 stopni, bezwietrznie. Tylko ustanawiać życiówki.




Bieg to kolejne obrazy pamięci:
  • tłoczny start, szerokie ulice, nowoczesne dzielnice
  • gaje palmowe, gaje oliwne, zielone ogrody, cisza, spokój, brązowa ziemia
  • odłączenie się półmaratonu i powtórne przyłączenie
  • powrót z ogrodów do miasta: hałas, krzyki, klaksony, ryk silników, spaliny
  • bieg przez ubogie dzielnice
  • długie proste, naprawdę bardzo długie, zwłaszcza pod koniec biegu
  • słabe oznaczenie kilometrów, najpierw co 5 km, potem co 2,5 km
  • punkty żywieniowe: woda w małych butelkach, potem mandarynki i daktyle
  • punkty odświeżania: przeplatane z żywnościowymi



Na mecie medal, woda, mandarynki i daktyle do ręki, i... już.
Kolejny maraton za mną.
Można iść do hotelu się wykąpać, przebrać i odpocząć.

Jak widać z powyższego opisu szału nie było, ale za to zabezpieczenie trasy było niewiarygodne: co kilkaset metrów policjant, żołnierz przez całą długość trasy maratonu.


Pozostając przez następny tydzień w Maroku (ale to już odrębna opowieść, wykraczająca poza zakres tego bloga) dopiero doceniłem pogodową woltę, która uczyniła się w Marakeszu na czas maratonu. Kilka dni po nim temperatura w słońcu przekraczała grubo ponad 20 stopni, słońce paliło niemiłosiernie i gdyby była taka pogoda w dzień startu, to wyniki byłyby o wiele, wiele gorsze.

Wyjazd na maraton był bardzo miłym przerwaniem uciążliwej polskiej zimy.


Planowanie dobrego wyniku należy odłożyć na inny okres, gdyż trzeba odpowiednio trenować pośród śniegu, mrozu i lodu, co może być trudne i nie zawsze możliwe.

Połączony ze zwiedzaniem staje się jednak bardzo atrakcyjny i warty swojej ceny. Warto było wyjechać, zagłębić się w uliczkach medyny, spróbować miejscowej kuchni, wystawić na zimny wiatr znad oceanu, wchłonąć trochę miejscowego kolorytu, być innym wśród wielu.



Za rok na pewno pojadę tam znowu, ścieżki zostały przetarte, znajomości nawiązane.

Inszallah.

***

Więcej zdjęć: tutaj.

Strona maratonu: tutaj.

Oficjalna strona królestwa marokańskiego: tutaj.

Brak komentarzy: