środa, 1 czerwca 2016

Ironman 70.3 St. Pölten

Relacja z zawodów.

Było gorąco!
Tak najkrócej można podsumować niedzielne wydarzenia z 22 maja 2016 roku i nie chodzi w tych słowa o dramatyzm walki czołówki, niezliczone zmiany na prowadzeniu, kraksy, upadki, etc. Lecz o pogodę.
O najbanalniejszą temperaturę powietrza.
W słońcu.
I tylko w słońcu.
Chmur nie było.
Cienia też nie było za wiele, a każdy jego metr kwadratowy był wykorzystywany przez kibiców i przez przemieszczających się zawodników.

***

Relację zacznę od piątku i będę ją przeplatał wypowiedziami zawodniczki, czyli Kasi, która debiutowała ledwie niecały rok temu w triathlonie i był to jej drugi start.



K: Decydując się na start w Sankt Polten nie do końca wzięłam pod uwagę to że w maju może być gorąco i zimno zarazem. Debiutowałam w sierpniu w upale, ale wtedy byłam zahartowana do wysokiej temperatury powietrza, pełnego słońca oraz myśli, że może będziemy pływać bez pianek. A teraz? Zimne noce i poranki, zimna woda i zapowiadany żar z nieba nie wróżyły zbyt dobrze. Zwłaszcza ta zimna woda. Mimo tego stopień ekscytacji przedstartowej był wysoki. Do tej pory widziałam zawody ze znakiem IM jedynie z pozycji kibica, teraz przyszedł czas na konfrontację z pozycji zawodnika.

D: Jak zawsze na dużych i poważnych zawodach triathlonowych na dwa dni przed startem była pasta party, prezentacja gwiazd, przegląd narodowości zawodników, etc. Było też oglądanie miejsca startu, strefy, szacowanie wyniku, objeżdżanie kluczowych fragmentów i troska czy organizator zdąży przygotować wszystko na czas i czy samemu da się radę - trasa wydawała się średnio-trudna z technicznymi zjazdami. Pogoda zmieniała się z chłodnej i deszczowej na upalną, a wiejący przy tej okazji wiatr potrafił dość porządnie zachwiać rowerem.



K: Wszystkie te elementy znałam. Widziałam je wielokrotnie towarzysząc Dariuszowi i innym zawodnikom w przeszłości więc tu niewiele mnie zaskoczyło, oprócz jednej niespodzianki (ale o tym za chwilę). Taka sama odprawa techniczna, tyle tylko że tym razem dotyczyła mnie! Niewiarygodne!!! Taki sam makaron, takie same napoje, podobne ciasta, tak samo uśmiechnięci i pozytywnie nastawieni ludzie, tak samo duża strefa zmian jak gdzie indziej. Konfrontacja wypadła dobrze. Jedyne co mnie zaskoczyło, a nawet dość przestraszyło to dwaj panowie próbujący grabiami z brzegu wyłowić zarastające jezioro w którym mieliśmy pływać. Wodorosty plus koparka ładująca, to co zebrali, na ciężarówkę! Uwierzcie mi, w piątek ok. 18 nie wyglądało to dobrze. Słaby ze mnie pływak, a nawet bardzo słaby więc na wszelki wypadek skoncentrowałam się na drugim zbiorniku zakładając, że z pierwszym do niedzieli jakoś sobie poradzą. Jak? To na szczęście nie było moje zmartwienie, ale naprawdę współczuję ludziom, którzy dostali te robotę. 

D: W sobotę był przedstartowy rozruch w jednym ze zbiorników (pływa się na zawodach w dwóch) i zdumienie wywołane zimną wodą i powiększającą się różnicą temperatur: woda - powietrze, były ostanie poprawki przy sprzęcie, a kto nie zdążył zapoznać się z trasę, to mógł to jeszcze dzisiaj zrobić. Były także krzepiące słowa na dobranoc i… wczesne udanie się do łóżka.



K: Jak dla mnie sobota była bardzo przyjemna. Wypogodziło się po wczorajszych deszczach. W słońcu zrobiliśmy objazd najważniejszych odcinków trasy. Okazało się, że zjazdy nie są takie straszne i da się na nich sporo zyskać, była też chwila na podziwianie uroków krajobrazu, było bardzo przyjemnie. Oddanie sprzętu poszło zadziwiająco sprawnie, a po nim niespodzianka. Na brzegu jeziora spotkałam Tomka Tolla, który do tej pory sam startuje, ale tym razem postanowił przyjechać z Londynu na motocyklu by mi i członkom Sidor Teamu kibicować. Bezcenne uczucie! Potem jedzenie, pogaduchy i plan wczesnego pójścia do łóżka. Ale plany jak to plany… a budzik nastawiony na 4:00 ☺ 

D: Dzień startu był typową kulminacją i celebracją. Wstanie o przedświcie, śniadanie zjadane trochę z musu i rozsądku, udanie się na miejsce startu.

K: Kocham płatki owsiane na wodzie z bananem! Zwłaszcza o 4:30! 


D: Pływanie: start rolowany!
Coś co pewnie będzie coraz częściej gościć na imprezach triathlonowych, bo:

  • słabsi pływacy nie mają już „pralki” (jakby nie mogli po strzale startera poczekać dosłownie 5-ciu sekund, by płynąć za grupą bez najmniejszych problemów);
  • organizator ma rozwiązany częściowo problem startowego draftu rowerowego oraz może zwiększyć udział zawodników (teraz standardem wydaje się wzrost do 3 tysięcy uczestników z 2-óch tysięcy).


Czym jest strat rolowany (moje tłumaczenie jest kalką z języka angielskiego: „rolling start”)?
Otóż jest to okienko czasowe, w czasie którego zawodnik indywidualnie przekracza matę startową i od tego momentu zaczyna się dla niego pomiar czasu w zawodach. Organizatorzy przyjmują okienko 30 - 45 minutowe i puszczają grupami lub pojedynczo w ustalonym interwale czasowym.

W St. Poelten wyglądało to tak, że najpierw zawodnicy ustawiali się w orientacyjnych strefach czasowych; od najszybszych po najwolniejszych, a potem pojedynczo przez zwężający się lej przechodzili przez bramkę startową. Co 1 sekundę 1 zawodnik wchodził do wody.

Od startu pierwszej grupy (profi, mężczyźni) do wejścia ostatniego zawodnika minęło ok 45 minut. 45 minut stania w cieniu, na mokrej trawie (ci co mieli klapki bardzo dużo na tym zyskali), w mokrej piance po rozgrzewce i jeszcze porannym chłodzie.

W mojej ocenie start rolowany tak przeprowadzany nie jest dobrym rozwiązaniem. Wiem, że są tacy, którym będzie to obojętne i tacy, dla których będzie to doskonałym rozwiązaniem. Dla mnie nie. I powtórzę - jest to moje zdanie.

Woda zimna.
Niecałe 16 stopni.
Pierwszy zbiornik ok. 1300 m, przebieg  całkiem długi przez zadaszony mostek i alejkę, potem drugi z czystszą wodą, ale i zimniejszą.

Woda była tak zimna, że przynajmniej jedna osoba zakończyła swoje zawody na etapie pływackim z objawami hipotermii i czynną pomocą służb ratowniczych. A temperatura powietrza już w tym momencie, czyli około godziny 9-tej zaczynała sięgać 25 stopni i ciągle rosła.



K: Jak dla mnie słabego pływaka start rolowany wydał się bardzo dobry. Płynęłam wśród osób które pokonywały dystans w podobnym tempie do mnie. Nie było tłoku, nikt mnie porządnie nie podtopił - czego bałam się dość mocno. Nie uniknęłam oczywiście kontaktów fizycznych z innymi zawodnikami, ale były one akceptowalne. Zielone potwory zostały skutecznie usunięte z wody, duże boje pozwalały łatwo nawigować, zresztą ławica pozostałych pływaków również pomagała w nawigacji. Subiektywnie było dobrze. Wyjście z wody i dobieg do drugiego zbiornika nawet nie były takie złe. Drugie jeziorko mniejsze, czystsze, zimniejsze wydawałoby się, że to już tylko formalność, dopłynąć tam i z powrotem wyjść z wody i dobiec do T1. Ale jak się okazało nie dla mnie. Drugi zbiornik i to co się tam działo było kluczem do całego mojego wyścigu. Słowem wyjaśnienia dodam jeszcze, że stosunkowo niedawno nauczyłam się pływać - wcześniej wchodząc co najwyżej po pas do wody, a pływanie w wodach otwartych nadal jest dla mnie wielkim wyzwaniem. Po mniej więcej 200 m złapał mnie bardzo silny skurcz w lewą łydkę , przewróciłam się na plecy i próbując ją jakoś rozciągnąć pracowałam drugą nogą i płynęłam na grzbiecie. Efektem tego był skurcz drugiej łydki. Przyznam szczerze, że w tym momencie myślałam, że dla mnie ten wyścig właśnie się zakończył… Trochę na grzbiecie, trochę płynąc na samych rękach miotając się po jeziorze dotarłam do mety pływania niecałe 2 minuty przed upływem limitu czasu. Na pokurczonych nogach udało mi się dobiec do strefy i wyjść za belkę. Uff… teraz zaczął się dla mnie wyścig. 

D: Po pływaniu był zwyczajowy, inaczej się nie da, dobieg do strefy i wyjazd na trasę rowerową złożoną z jednej 90-cio kilometrowej pętli.
Na trasie 3 podjazdy; środkowy dłuuugi, i 3 zjazdy kręte, miejscami ze studzienkami, ale bardzo szybkie.

Upał podczas tej konkurencji dla zawodników pewnie był mniej odczuwalny, a jeśli mogli na chwilę oderwać spojrzenie od asfaltu, to oczom ich roztaczała się naprawdę przepiękna okolica.



K: Trasa rowerowa trudna, ale malownicza, wiodąca wzdłuż Dunaju. Trochę w górę, trochę w dół, trochę wietrznie, czasem bardzo, no i z narastającym upałem. Miałam nadzieję, że uda mi się w tej części wyścigu porozciągać nogi i wszystko wróci do normy, a przynajmniej stanu akceptowalnego. Jak się łatwo domyśleć nie wróciło, mimo tego trzeba było napierać do mety. O dziwo pomimo słabej dyspozycji udało mi się wyprzedzić trochę osób na rowerze.

D: I w końcu bieganie. Już tylko nieliczni i najwytrwalsi kibice zostali i dopingowali na otwartym terenie, reszta uciekła do cienia, w którym było ok. 30 stopni. W słońcu o wiele więcej, a taką odsłoniętą trasę mieli triathloniści.

Im dłużej byli na trasie, tym dłużej  byli wystawieni na warunki, które dodatkowo ich spowalniały; przez co byli dłużej na trasie… 

Medal na mecie wielu witało prawdziwie okazywaną radością. Równą tej, w której widzieli śnieg (co prawda tylko na jednym stanowisku, ale zawsze to o jeden więcej) i mogli z niego zrobić chwilowy użytek.



K: Bieganie. Ciekawe doświadczenie. Po zejściu z roweru okazało się, że nie mogę chodzić, ale mogę biegać! No to do roboty! Zostało już tylko 21 km. Pomimo bólu nóg na biegu mijałam i wyprzedziłam wiele osób, które w tych warunkach pogodowych nie były w stanie biec, a ja przemieszczałam się pokonując kolejne kilometry. Dla mnie schemat bieg od punktu do punktu i przejście przez strefę odżywiania i regeneracji okazał się idealny. Przejście to dużo powiedziane, raczej przykuśtykanie, ale w tym czasie wylewałam na siebie kolejne kubki zimnej wody, wymieniałam gąbki mokre ciepłe na mokre zimne, wlewałam kolejne litry wody i koli do gardła zagryzając to wszystko pomarańczami. Do topu i spodenek pakowałam niebieski śnieg rozmyślając o tym w jaki sposób z dala od domu będę leczyć zapalenie płuc? Ale to nie było ważne. Celem była meta. I w końcu do niej dotarłam, a radość z tego faktu towarzyszy mi do dziś, podobnie jak ból łydek który minął po tygodniu! Ale jak mówi stare triathlonowe powiedzenie: „Ból przeminie, duma pozostanie!”. 

D: W Sidor Teamie w tych warunkach nie było życiówek, ale wiem, że każdy odebrał nieocenioną lekcję zawodniczego doświadczenia, która będzie procentowała w przyszłości.

Hart ducha i potęga ciała po raz kolejny pokazały, że w parze, dobrze zestrojone i przygotowane potrafią wiele.



K: Dla mnie ten start był kompletnie nowym doświadczeniem. Zwłaszcza w odkrywaniu siebie samej, pokonywaniu strachu i przesuwaniu granic możliwości mojego organizmu. I to jest powód dla którego tam pojechałam, nie żeby wygrać, ale żeby walczyć! Jestem dumna z ukończenia tych zawodów i do końca życia nic, ani nikt mi tej dumy nie odbierze.


D: Bardzo się cieszę, że tam byłem, w roli trenera i kibica, pośród przyjaciół i znajomych, i bardzo dziękuję zawodnikom za widowisko i dostarczone emocje, kibicom za wsparcie, „triathlonowym wdowom” za niezłomność i wiarę oraz organizatorowi, że się postarał.



K: Bardzo się cieszę, że Trener tam był bo bez niego nie byłabym tam gdzie jestem! 
Dziękuję Dariuszu, moja „triathlonowa wdowo”. 

Dziękuję też bardzo tym którzy kibicowali mi na miejscu rozgrywania zawodów, jak również wszystkim tym którzy internetowo i telefonicznie wspierali mnie w tej walce cieszę się, że jesteście.


***
ps.
zdjęcia z Kasią pochodzą od niej, z jej prywatnego archiwum

1 komentarz:

Robert Podsiadły pisze...

Gratuluję! Bardzo fajna relacja!