czwartek, 6 września 2007

Wyścig podziemnymi górami.

Relacja z maratonu rozgrywanego w Sondershausen (Niemcy) w 2003 roku.

- W głębinach świata. (...). Kto nas poprowadzi przez te straszliwe ciemności?
- Ja! – odparł Gandalf. (...). Podążajcie za światłem mojej różdżki.

Tolkien „Wyprawa”

Jest takie miejsce na ziemi, w którym szukając gór nie opuszcza się nizin wchodząc wyżej i wyżej, a towarzyszący wędrówce wiatr nie smaga ciała, nie wyciska łez z oczu, na ścieżkach wiodących na szczyt nie można złapać się pnia drzewa oraz z wierzchołka nie rozciąga się zapierająca dech panorama. Zamiast tego znajduje się suche i gorące powietrze, duszność, pył, ciemność, strome i śliskie podejścia, i... najpierw trzeba wsiąść do windy i zjechać nią prawie kilometr pod ziemię.

Góry są w kopalni.
Kopalnia jest daleko stąd. Obok Sondeshausen. Kilkadziesiąt kilometrów za Erfurtem (na północ).Odległość dzieląca moje miejsce zamieszkania od miejsca startu nakazywała umiejętne przygotowanie wyprawy. Niestety, ponieważ nie mogłem liczyć na komfortowy przejazd samochodem pozostawały mi do wyboru bardziej tradycyjne sposoby przemieszczania się. Zaliczyłem do nich: samolot, statek, pociąg, autobus i autostop.
Samolot i pociąg odpadł ze względu na koszta, statek z powodu uwarunkowań geograficznych, na autostop w grudniu nie miałem ochoty, tak więc pozostał autobus.

Przeczucie podpowiadało, że na samo miejsce startu i tak nic mnie nie dowiezie, ale do Erfurtu – z pewnością. Wobec tego należało ustalić najbardziej dogodne terminy wyjazdu i powrotu, a następnie dobrać do nich jakiegoś przewoźnika. Szczęście uśmiechnęło się do mnie promieniście, od ucha do ucha , choć nieco szelmowsko, ale w tym momencie jeszcze tego nie dostrzegłem. Znalazłem firmę transportową idealnie wpasowującą się w moje oczekiwania dotyczące czasu dojazdu i powrotu. Kupiłem bilet do Erfurtu, póki jeszcze mieli wolne miejsca, i zacząłem teoretycznie przygotowywać się do wyjazdu.Przede wszystkim przeanalizowałem trasę i jej profil zamieszczony w prospekcie.Start na poziomie – (minus) 700 m, każda pętla 10 540 m, a więc będę musiał przebiec cztery by ukończyć maraton. Do tego różnica wysokości na każdej pętli wynosiła 120 m. Po przeanalizowaniu profilu trasy doliczyłem się znacznie więcej.
Profil trasy.
Dystans [m] - Różnica poziomów [m] - Kierunek biegu
1500 - 90 - góra
250 - 20 - dół
100 - 30 - góra
1500 - 155 - dół
150- 20 - góra
800 - +/- 5 - prawie płasko?
300 - 30 - góra
100 - 25 - dół
4300 - 120 - góra
1500 - 85 - dół

Z tego wynikało, że w sumie na każdej rundzie pokonam ok. 290 m pod górę i tyleż samo w dół, co na całym dystansie da ponad 1240 m podbiegów o różnym stopniu nastromienia (dociekliwi mogą sobie średni stopień nachylenia wyliczyć) jak i zbiegów o różnym stopniu nastromienia (dociekliwi mogą sobie średni stopień nachylenia wyliczyć), bo zarówno podbiegi jak i zbiegi nie są „monotonne”, ale odcinkami pochyłe w różnym i dość zróżnicowanym stopniu. Zapowiadała się ciężka walka.

Pomyślałem o organizatorze i jego sprawnym działaniu. Na moją chęć uczestniczenia w maratonie wysłaną e-mail’em po kilku dniach (3!), gdy już zżymałem się na opieszałość i kląłem zasadność posiadania poczty elektronicznej, z której się nie korzysta - otrzymałem list. To było zgłoszenie. Naturalnie wypełnione odesłałem. Po jakimś czasie dostałem kartkę zawiadamiającą mnie o otrzymaniu numeru startowego i z podaną wielkością wpisowego. Aby być pewnym startu należało wnieść ją w wyznaczonym terminie (dziękuję Wiesiowi Szymusiakowi przebywającemu w Berlinie za pomoc, bo w naszych bankach zrealizowanie przelewu było albo niemożliwe, albo złodziejsko drogie), który kończył się ok. 1 miesiąc przed startem. Na dodatek tydzień przed wyjazdem otrzymałem jeszcze list ze szczególnymi postanowieniami porządkowymi oraz zasadami bezpieczeństwa, a także z dołączoną mapką, gdzie jest Sondershausen i jak tam dojechać.Ponieważ przysłane mi informacje są tak rzadkie, egzotyczne i niespotykane nigdzie indziej, to przytoczę je tutaj, choć tylko we fragmentach i we własnym tłumaczeniu, które nie zawsze jest ścisłe (starałem się przekazać niemiecką składnię), ale oddaje ducha i atmosferę zawodów. Mam nadzieję, że zrozumiecie (i mnie, i tekst).

Jeden z najcięższych biegów maratońskich, jeśli nawet nie najcięższy, będzie niedługo w Kalischacht w turyńskim Sondershausen drugi raz oficjalnie przez sc impuls erfurt i SV Glueckauf Sondershausen przeprowadzany. Miejsce i okoliczności tego biegu nadzwyczajnie i ekstremalnie obciążają wszystkich biorących udział, dlatego także nadzwyczajne przepisy obowiązują wszystkich uczestników.Zdrowie stoi na pierwszym miejscu, dlatego szczególną uwagę należy zwrócić na ścisłe przestrzeganie następujących postanowień:
1. Palenie i obnoszenie się z otwartym ogniem jest zabronione.
2. Obowiązuje noszenie kasków. Wszyscy biegacze podczas biegu muszą mieć na głowie kask (dopuszczalne są rowerowe). Bez kasku nie można wystartować.
3. Personel medyczny znajduje się w każdym przypadku na wyznaczonych punktach. Dodatkowo na trasie będzie lekarz na rowerze. Lekarz zawodów może w trosce o zdrowie zdjąć biegacza z trasy. To polecenie jest obowiązujące.
4. Trasa jest słabo oświetlona. Co 30, 40 metrów znajduje się lampa. W przypadku awarii prądu należy koniecznie zatrzymać się. Zachować spokój i ciszę, i czekać na miejscu, pomoc nadejdzie. Nieoświetlone odcinki nie są do wchodzenia. Barier nie należy przekraczać.
5. W temperaturze ok. 25 stopni C i wilgotności tylko 30% każdy uczestnik powinien swoimi siłami gospodarować oszczędnie. Biegaj z głową. Uczestnicy ubezpieczają się we własnym zakresie. GSES GmbH i organizator nie bierze odpowiedzialności za wyrządzone sobie krzywdy i szkody.
6. Wycofanie się z zawodów jest możliwe w każdym czasie. Kto nie ukończy półmaratonu w 2:45 będzie zdjęty z trasy.
7. Kto się wycofa po dwóch rundach zalicza półmaraton. Otrzymuje medal i certyfikat.”

Ciekawe jak to wszystko wygląda w rzeczywistości? Po przeczytaniu tego specyficznego regulaminu zaczynałem nabierać wątpliwości jak przełamany okręt na środku oceanu.
Cóż, słowo się rzekło, a kobyłka radośnie rżała u płotu. Chciałem mieć przygodę, to ją miałem.

O godzinie „0”, w dzień „W” ruszyłem w podróż.

Nie wywieszałem kartki na drzwiach „przedsięwzięto ekspedycję” (Kabaret Starszych Panów), ale po cichu udałem się na dworzec. Wsiadłem do właściwego autobusu i pojechałem. Czyż muszę opisywać wielogodzinną jazdę? Kto doświadczył tej monotonii i niewygody – ten wie czym ona jest, kto nie zaznał jeszcze tego – niechaj się cieszy. W każdym bądź razie po pierwszej w nocy zatrzymaliśmy się na postój w przydrożnej stacji benzynowej, a ponieważ godzina była bliska znalezienia się w Erfurcie napomknąłem o tym pilotowi. I dobrze zrobiłem, gdyż okazało się, że już tutaj muszę wysiąść. Sprawdziłem na bilecie. Stało tam wyraźnie: Erfurt Eichelborn (choć z błędem).

Wszystko się zgadzało, ale nikt mi nie powiedział, że to będzie stacja przy autostradzie oddalona o około 20 km od miasta!

Zabrałem bagaż z autobusu i poczułem, że los przygotował swój własny wariant przygody. Mogłem przyjąć jego warunki, albo wracać. Wybrałem to pierwsze i zaczynałem rozumieć szelmowski uśmiech szczęścia.I właśnie tutaj po raz pierwszy przydała się znajomość języka niemieckiego, bo jak się to mówi: „złapałem na stopa samochód”. Prowadząca osoba zapytana o Erfurt lub Sondeshausen przecząco kręciła głową, ale powiedziała o możliwości podwiezienia do zjazdu z autostrady. Czyż mogłem się nie zgodzić? Dobrze, że zrozumiałem jej słowa. W przeciwnym razie trzasnął bym drzwiami i czekał dalej. A po pierwszej w nocy, jakoś tak się składa, że kierowcy niechętnie się zatrzymują. Czego doświadczyłem po rozstaniu się z moim dobroczyńcą. Przetruchtałem sobie jakieś osiem kilometrów przez las, aż dotarłem do rogatek miasta. Tu zlitowała się nade mną następna przyjazna osoba i zapytała dokąd chcę jechać. Po wymianie zdań ustaliliśmy, że podwiezie mnie pod sam dworzec kolejowy. Odnotowałem sobie w pamięci kolejny plus znajomości języka. Nie tylko zadanie pytania, ale przede wszystkim zrozumienie odpowiedzi.

Na dworcu godzinne oczekiwanie spędziłem zmagając się z automatem do sprzedaży biletów, a potem wsiadłem w podstawiony pociąg i pojechałem do Sondeshausen. W tym miejscu chciałbym zrobić wtręt na temat środków komunikacji w Niemczech. Po pierwsze są inne, po drugie są ciche, po trzecie – czyste. Pociąg, którym jechałem miał jeszcze parę rzeczy, które mnie zaskoczyły. Przede wszystkim posiadał toaletę dostosowaną i tak usytuowaną, że mogły z niej korzystać osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich, a także to, że wewnątrz pociągu był automat do sprzedaży biletów. Ha! Nie pytajcie mnie, siebie i kogokolwiek kiedy tak będzie u nas. Wydaje mi się, że nieprędko, oj nieprędko.Ponieważ do pokonania pozostał mi jeszcze jeden krótki etap podróży zapytałem konduktorkę czy przypadkiem nie wie, czy do kopalni soli (tam gdzie ma być maraton) można na miejscu jakoś podjechać. Odpowiedziała, że nie wie, ale sprawdzi. Na następnej stacji pobiegła do zawiadowcy i po chwili przekazała mi radosną nowinę, że na sto procent mam wysiąść jeden przystanek dalej - nie w Sondershausen, ale na stacji Glueckauf. Oszczędzony mi został w ten sposób czterokilometrowy marsz.

Stacja kolejowa Glueckauf, to zamknięty na głucho barak.

Wokół stoi kilka hal przemysłowych i w nocnych ciemnościach niczego więcej nie widać. Mając do wyboru pójść w lewo czy w prawo wybrałem drogę z wiatrem. Zostawiając sobie najgorsze, czyli przeciwny kierunek marszu (pod wiatr) na dzień. Na szczęście tak się nie stało. Przywiało mnie wprost do kopalni na miejsce startu. Niecałe dwie godziny przed otwarciem biura zawodów. W zacisznym kącie, na schodach, czekałem usiłując zasnąć.Nie zasnąłem. Potem zaś odbyła się znana już wszystkim biegaczom procedura. Kopalniane zabudowania to 3 budynki. W jednym z nich znajdowały się wspaniałe zabytki techniki wydobywczej sprzed 100 lat i tuż przy nich wydawano numery startowe. Należało podejść i pokazać list z adnotacją o przydzielonym przez organizatora numerze. Za to otrzymywało się kopertę, w której był on przygotowany, wraz z dwoma agrafkami i talonem na koszulkę. Z tym wszystkim można było udać się do drugiego budynku mieszczącego przebieralnię. Można było – bo część biegaczy od razu zjeżdżała na dół. Ja najpierw udałem się do szatni. Była w stylu górniczym, czyli opuszczało się łańcuch, na końcu którego był wieszak, zaczepiało się na nim rzeczy i wyciągało w górę, po czym, już niczym nie skrępowanym, można było przejść do trzeciego budynku. Była to hala z dojściem do windy.

Padało i wiał mocny, porywisty wiatr.

Czekając na windę, mimo iż było się pod dachem, czuło się zimno i nawet dres nie dawał skutecznej ochrony przed chłodem. Stojąc i szczękając zębami wsłuchiwałem się w „kopalniane kuranty” – dzwonki, które sygnalizowały różne położenie i ruch windy. Jeden gong, za chwilę dwa, potem znowu dwa, ale o innym brzmieniu. Kolejka biegaczy przesuwała się skokowo, co parę minut kolejna grupa 10 osób wchodziła do windy. Aż w końcu i ja się w niej znalazłem z obowiązkowo już nałożonym kasku na głowie. Stałem stłoczony wraz z innymi biegaczami. Opuszczono zasłonę. Zasunięto drzwi. Zaczęliśmy zjeżdżać. „Najpierw powoli jak żółw ociężale”, zostawiając zanikające światło dnia i opuszczając się w gęstniejący mrok. Przełknąłem ślinę niwelując nacisk na błonę bębenkową w uszach i wyrównując tym samym ciśnienie. Myślałem, że na tym się skończy, ale tak nie było. Powtórzyłem tę czynność jeszcze trzy razy. Tymczasem dokoła mnie toczyły się jakieś szeptem prowadzone rozmowy, słyszałem czyjś nerwowy śmiech, aż w końcu winda przyśpieszyła i zaczęła opadać do środka ziemi.

Zrobiło się ciemno, ba, doskonale ciemno.

Nie widziałem choćby zarysu stojącej przede mną osoby, a przecież opierałem się o nią ramieniem; była oddalona ode mnie raptem o całe 30 centymetrów. Opadałem i czułem jak ciemności gromadzą się i gęstnieją. To już nie był mrok, to nie były ciemności, to była czerń, która z każdą chwilą gęstniała. Była wręcz namacalna. Aż nagle zaczęła się rozpraszać. Odczułem w windzie wyraźną ulgę, choć nikt nie rzekł ani jednego słowa, nikt się nawet nie poruszył. Usłyszałem dzwonki, winda zwolniła i się zatrzymała. Spojrzałem na stoper – ponad półtorej minuty. Trzasnął rygiel. Ktoś z obsługi podniósł zasłonę – wychodziłem do chodnika położonego prawie kilometr pod ziemią.Pierwszym odczuciem był chłód i zdziwienie. Miało być ciepło, a drżałem z zimna. Termometr przy szybie wskazywał 14 stopni. Poza tym znajdowałem się w jasno oświetlonym korytarzu szerokim może na 20 metrów i wysokim na 4 lub 5 metrów. Wchodziłem w głąb niego między licznie już zgromadzonych biegaczy, obsługę i kibiców. Po prawej i po lewej stronie otwierały się korytarze równie szerokie i wysokie jak ten, którym szedłem. Wzdłuż ścian stały stoły i ławy, w bocznych salach była jadłodajnia, sala koncertowa, kaplica. Podziemna przestrzeń wyrwana skale oszałamiała, a miejsce, w którym się znalazłem nie było wyjątkowe. 10-cio kilometrowa pętla prowadziła przez podobne temu chodniki. O tym miałem się wkrótce przekonać, lecz na razie podziwiałem „najbliższą okolicę” i przygotowywałem się do biegu, czyli zdjąłem dres, gdyż w głębi było już ciepło. Tak jak podawał organizator - ok. 25 stopni i wilgotności tylko 30%.

Jeszcze to nie przeszkadzało, ale jeszcze nie zacząłem biec.

Miłe spotkanie – Basia Szlachetka (dzisiaj już niestety nieżyjąca –nowotwór), w otoczeniu biegaczy „100 Marathon Club”, roześmiana i zadowolona. Dzięki niej wymieniam uściski z ludźmi mającymi po kilkaset maratonów „na swoim sumieniu” (np. Christian Hottas), biegającymi w tak różnych miejscach, że ta kopalnia niej jest dla nich już czymś tak wyjątkowym jak dla mnie. Choć niegdyś była. Kolejnym radosnym okrzykom i spotkaniom nie ma końca. Można by tak było siedzieć, śmiać się i opowiadać, gdyby nie czas, który nieubłaganie zmusił wszystkich do udania się w rejon startu.
Najpierw kilka krótkich przemówień, w czasie których robię miejsce św. Mikołajowi z workiem prezentów i słyszę głosy, że nie da rady w tym kubraczku, za ciepło mu będzie, musi go zdjąć. Achtung! Ręka z pistoletem została uniesiona w górę, huknął strzał, biegniemy. Biegniemy całe 3 minuty pod górę, gdy natykamy się na ciężarówkę uniemożliwiającą kontynuowanie wyścigu. To specjalna przeszkoda. Jej zadaniem było zatrzymanie nas w określonym miejscu. Poprzedni start był startem honorowym, ten będzie już tym ostrym, właściwym. Jeszcze raz ręka z pistoletem unosi się w górę, jeszcze raz huczy strzał. Biegniemy. Przed nami ciężarówka oświetlająca i oślepiająca światłami włączonymi na potrzeby telewizyjnych kamer. W pierwszej komorze zjeżdża na bok i już nie przeszkadza.

Biegniemy.

By podnieść rangę wyczynu wzorem połowy biegaczy nie biorę czołówki. Może światła nie zawsze są rozmieszczone co 30 – 40 metrów, ale są wystarczające. Jest w miarę równo i przede wszystkim jest szeroko i wysoko. Jest ciepło. Biegnę z przodu grupy i wygodnie mi się tym ciepłym powietrzem oddycha. W zasadzie, to warunki zdają się być komfortowe. Teraz. Jeszcze. Wiem jak bardzo jest to złudne i staram się popijać często z zabranej butelki. Tym bardziej, że suchość w ustach narasta, całe ciało wydziela pot, a podbieg nie chce się skończyć. Wreszcie w dół. Pamiętam o przestrogach, że może być ślisko, ale i na to znajduję radę. Biegnę środkiem lub bokiem korytarza, pod ścianą, w miejscach gdzie nie jeżdżą samochody, gdzie pył i zmielona skała tworzy piaszczystą poduszeczkę zapobiegającą poślizgowi i dodatkowo amortyzującą. Nie tylko ja tak robię. Setki nóg porusza z każdym krokiem osadzony w tych miejscach pył w powietrze. Podczas drugiej rundy będzie się już go czuło. Teraz znowu pod górę. Ociężale truchtam, inni wokół mnie także. Teraz w dół. Puszczam się pełnym biegiem.

Jasno, ciemno, do góry, na dół.

Punkt żywieniowy. Dwa kubki wody w siebie, trzeci na głowę i dalej. Do góry, na dół, z jasności w ciemność, zakręt, wyprzedza mnie ciężarówka z kibicami, mijam fotoreportera, do góry i znowu w dół, poprzez jasno-ciemne strefy światłocienia.
Nawet nie wiem kiedy słyszę gromkie brawa. Właśnie zakończyłem pierwszą pętlę. Przy stole z wodą, bananami, batonami energetycznymi robią mi kreskę na numerze – zaliczyłem pierwsze okrążenie. Pozostały jeszcze trzy, a więc w drogę. Biegnę, ale wzniesienie mnie pokonuje, zaczynam iść. Dopiero druga pętla pozwala mi na przyglądnięcie się trasie. Odnoszę wrażenie, że została zmieniona przez organizatora. To przypuszczenie zostanie potwierdzone po biegu. Teraz mogę w niej wyróżnić pierwszy długi podbieg, zbieg, drugi długi podbieg, zbieg, podbieg, bardzo długi delikatny zbieg. Na drugim podbiegu zauważam, a właściwie doświadczam powiewu wiatru. Ciepłego, suchego, wiejącego w twarz. W powietrzu czuje się subtelny pył, a na języku słony posmak. Już nie biegnę. Raz podtruchtuję, raz idę choć już coraz dłuższe odcinki podchodzę. Zauważam, że coraz więcej biegaczy tak robi.

Na pierwszej pętli odcinki pod górę biegliśmy wszyscy, na drugiej - niektórzy, na trzeciej byli twardziele, których stać było na podbiegiwanie, na czwartej już wszyscy szli, bez wyjątku.

Po drugim zbiegu wpadam w strefę ciężkiego powietrza. Jakaś mieszanina pyłu z urobku, soli, zatęchłego powietrza, smarów i... nie mam pojęcia czego jeszcze. Nie przeszkadza mi bardzo, ale po biegu słyszałem głosy tych, którzy w tym miejscu musieli iść, a nawet przystawać, bo ich zatykało. I znowu jasno, ciemno, do góry, na dół. Punkt żywieniowy. Dwa kubki wody w siebie, trzeci na głowę i dalej. Do góry, na dół, z jasności w ciemność, do góry i znowu w dół, poprzez jasno-ciemne strefy światłocienia, aż do długiego zbiegu którym kończę drugie okrążenie. Jeszcze dwa. Jeszcze połowa. Jeszcze raz to samo co już za mną. Wytrzymam? Chyba tak, ale już wiem że będzie ciężko.
Trzecia pętla jest drogą przez mękę. Mimo wszystko podrywam się do heroicznych wysiłków. Ktoś biegnie daleko przede mną, ktoś inny daleko za mną. Przystaję i w ciszy słyszę tylko człapanie z przodu, głuche uderzenia butów z tyłu. Jestem cały mokry. Mam wrażenie, że wypijana woda jest natychmiast wyrzucana przez skórę. Jaki jest sens picia? Dopiero teraz zauważam, że jeden z korytarzy podzielony jest taśmą i z przeciwka, po jej drugiej stronie ktoś nadbiega. Nie jestem w stanie powiedzieć czy mnie goni czy przede mną ucieka. Nie wiem, w którym jest miejscu. Znam tylko kierunek poruszania się. Tylko naprzód. Nie potrafię odtworzyć choćby w przybliżeniu przebiegu trasy. Te wszystkie zakręty i podbiegi nakładają się na siebie, gmatwają i plączą. Na szczęście czuję lekko chłodniejszy powiew, to znak, że zaczyna się bardzo długi zbieg kończący kolejną rundę.
Zaczynają się także kłopoty z odwodnieniem.

Najpierw delikatne kurcze mięśni łydek, potem ud.

Zwalniam, skracam krok, a wreszcie przystaję i próbuję rozciągnąć boleśnie protestujące mięśnie. Znowu słyszę brawa, znowu ktoś robi na moim numerze kreskę. Już trzecią. Więcej nie będzie. Ruszam na ostatnie okrążenie.

Czwarta pętla, to walka ducha i ciała. Wielkiej filozofii w tym nie ma. Ciało dopóki będzie mogło wykona każde polecenie zlecone przez ducha. Byleby tylko nie zwątpić, nie poddać się. Nogi bolą, ramiona bolą, wzrok, w zmieniającej się grze rozjaśniania i ściemniania też zaczyna podsuwać swoje obrazy. Wypijana woda „wypływa” natychmiast przez skórę. Odrętwienie i ból mimowolnie zmuszają do zwalniania i coraz powolniejszego marszu. Mimo wszystko spostrzegam, że „lotna” pomoc na rowerach też nie daje już rady i choć wyglądają na zaprawionych kolarzy, i choć ich rowery także są nie najgorsze – pod górę zsiadają z siodełek i pchają swoje maszyny. Uciekam im na podejściach, doganiają mnie na zjazdach. W końcu znikają w mrokach korytarzy.
Duch walczy z ciałem popadającym w otępienie. Wyrywam się z tego stanu pokrzepiającymi okrzykami i klaskaniem w dłonie. W ten sposób zagrzewam się do dalszego wysiłku. Już nie wiem gdzie jestem i ile mi zostało. Znalazłem się w morderczej pętli podbiegów i zbiegów.

Chwyciły mnie przesuwające się plamy światła i ciemności.

Jestem więźniem coraz dotkliwiej kurczących się mięśni. Czy to się skończy? Nareszcie tablica z oznaczeniem 40-ego kilometra. Liczę kroki. Do stu. Zaznaczam to sobie odstawiając jeden palec u dłoni. W ten sposób „oszukuję” umysł i odciągam go od mięśni. Zwątpienie przychodzi, gdy w sumie doliczam do dwóch tysięcy, a mety jak nie było tak nie ma. Wyłączam się. Otępiale biegnę. Nie wiem skąd się to bierze, ale zaczynam czuć kurcze przedramion i mięśni brzucha. Nie reaguję na wyprzedzających mnie biegaczy. Nie cieszy mnie też wyprzedzanie innych, prawdopodobnie jeszcze bardziej zmęczonych ode mnie. Niektórzy, jak ja, robią ostatnią rundę, inni, o dziwo, dopiero trzecią. Wreszcie słyszę brawa. Podrywam się do ostatniego wysiłku, wmawiam sobie dobrą formę i zażegnuję od wszelkich boleśnie kurczących się mięśni. Odpowiadam uśmiechem, klaszczę w dłonie, naciskam na przycisk stopera mijając linię mety.

Biorę medal i pragnę tylko usiąść.

Teraz każdy ruch jest katorgą. Mimo wszystko przebieram się i rozciągam. Ustawiam w kolejce po certyfikat. Organizatorzy mają już gotowy szablon, na którym na bieżąco jest nadrukowywane imię, nazwisko, czas, kategoria oraz miejsce zajęte w kategorii, dodatkowo w grupie pań lub panów, a także w klasyfikacji generalnej. Te dwie ostatnie liczby są u mnie takie same, to znaczy, że nie wyprzedziła mnie żadna kobieta. Pierwszy raz mi się to przydarza.

Wraz z suchymi ciuchami wraca chęć do życia.

Idę zamienić talon na koszulkę na rzeczoną koszulkę. W końcu ją mam. Nie jest biała – to najważniejsze. Jest czarna z białymi nadrukami. Z przodu logo maratonu, z tyłu zwierzątko-górnik dziarsko paradujące w kasku na głowie. Przy okazji dowiaduję się, że na medal (srebrny prostokąt, mniej więcej 4,5 x 6 cm, notabene z biało-czerwoną (sic!) wstążką), który posiada tylko awers, z tyłu przyklejana jest nalepka z nazwiskiem i czasem, oraz rzecz jasna nazwą i datą imprezy. Niestety kosztuje to 1 euro, a wszystkie pieniądze zostały na górze. Z opresji wybawia mnie Basia, która dotarła już na metę w wyśmienitej formie, choć trochę ją martwi to, że nie wygrała. Wśród pań jest dopiero trzecia. Natomiast w kategorii – pierwsza. Gratuluję jej szczerze, ale w zdumienie mnie wprawia jej wyznanie – jutro biegnie maraton. To przekracza moje wyobrażenie. Ja będę potrzebował przynajmniej tygodnia albo i dwóch by wrócić w swój cykl treningowy, a tu proszę – ledwie jedna noc i dalej na trasę 42 kilometrów. Fiu, fiu.

I tak powoli kończy się moja biegowa historia, której rokrocznie dostępuje 200 śmiałków.

Natomiast nie kończy się wyjazd. Ta przygoda, dla odmiany, jeszcze trwa. Jeszcze muszę się stawić na autostradę. Wlokę się do windy z żalem opuszczając ceremonię dekoracji. Szybka kąpiel i gnam na stację. Za 10 minut odjeżdża pociąg do Erfurtu.Na dworze zapada zmierzch, wiatr przeraźliwie dmucha. Jestem co do minuty i z ulgą stwierdzam, że zdążyłem. Potem kontestuje, że w Niemczech też się pociągi spóźniają. Potem zaczynam jeszcze raz czytać rozkład jazdy. Jest. Znajduje, tę informację, która mi umknęła o świcie – zmiana rozkładu jazdy. Od jutrzejszego dnia. To na ten plan popatrzyłem. Teraz odczytuję stary i ze złością stwierdzam, że mam półtorej godziny czekania. Szkoda. Mogłem zostać na dole, obejrzeć dekorację, mogłem spokojnie się wykąpać, a zamiast tego szukam zacisznego kąta i zaszywam się na godzinę starając uciec od zimnego wiatru i nie zasnąć ze zmęczenia. Zastanawiam się czy zdążę na autostradę na autobus?

Wreszcie przyjeżdża pociąg. Dzięki automatowi wewnątrz nie mam problemu z nabyciem biletu, a od konduktorki dowiaduję się, że w cenie jest dojazd autobusem do Erfurtu, bo ten pociąg tam nie dojeżdża. A więc przesiadka, a więc kolejne uciekające minuty. Na szczęście wszystko jeździ punktualnie, a w mieście dojeżdżam na obrzeża tramwajem. Stamtąd pozostaje mi już tylko ok. 12 kilometrów do stacji benzynowej i trzy godziny do odjazdu autobusu. Idę wzdłuż drogi – nikt się nie chce zatrzymać. Dochodzę do autostrady i wlokę się poboczem za barierką wśród trawy, płotków, błota. Wreszcie stacja benzynowa Eichelborn. Zdążyłem. Zdążyłem podwójnie. Raz, bo na autobus, dwa, bo właśnie lunęło. Błogo osuwam się na krzesło.

Kiedy po 7 godzinach niewygodnej podróży wychodziłem z autobusu i do własnego łóżka pozostało mi 30 minut drogi, przypomniała mi się książka Borchardta „Znaczy kapitan” i akapity opisujące smakowanie „niedźwiedziego mięsa”. Wiedziałem już, że capnąłem zębami spory jego kawałek, odgryzłem i powoli przeżuwając rozkoszowałem się nim.

Może moja relacja i Tobie pozwoli choć na wyobrażenie sobie tego smaku.

Dariusz Sidor 4:17:33
Kat. M35 – 13
Gen. – 40

Brak komentarzy: