poniedziałek, 3 września 2007

Taka zwykła Basia

Wspomnienie o Barbarze Szlachetce.

Basia na starcie maratonu w Jelczu-Laskowicach



Basia, imię jak imię, ale każdy biegacz w Polsce i wielu za granicą kojarzył to zdrobnienie z niezwykłą kobietą, która niespodziewanie, jak meteor zajaśniała na biegowym firmamencie, zachwyciła i... niestety przeminęła, osypując zadziwionych biegaczy deszczem iskier.

Niełatwo coś powiedzieć o tej postaci, którą każdy znał, którą każdy podziwiał, i o której każdy potrafi snuć wspomnienia. Mój mały fragment z tworzonego w ten sposób zbiorowego pamiętnika to opowieść o jej spotkaniu z młodzieżą. Spotkania, na którym opowiedziała o sobie w ten szczególny sposób: dźwięcznym, roześmianym głosem, zadowoloną miną, gestami wyrażającymi emocje, wlewając potężną falę energii, zarażając wszystkich zebranych optymizmem i budząc w nich wiarę w siebie.
To było zaledwie w maju zeszłego roku. Podczas słonecznego popołudnia. Na wrocławskim AWF-ie, uczelni z którą toczyła swoją własną przygodę. I na auli wypełnionej ponad setką studentów, znajdujących się tam specjalnie po to by jej posłuchać, zobaczyć ją, dotknąć jej i przekonać się, że można dokonać rzeczy wielkich bez postury Herkulesa, że nie trzeba być nikim szczególnym, że niepotrzebne są dokumenty stwierdzające pochodzenie, gruba książeczka czekowa i inne atrybuty zamożności. Elegancka pani, zadbana, o figurze nastolatki, to właśnie ona. Uśmiechnięta, życzliwa, rozdokazywana.
Spotkanie zaczęła beztrosko stwierdzając, że można zadawać pytania na każdy temat, co potem zostało wykorzystane i dzięki temu, poprzez odkrycie siebie, otwarcie na nich, na zebraną młodzież zyskała poklask i podbiła serca.

Początek.
Parę lat temu w Niemczech znajomy lekarz medycyny sportowej i maratończyk – Christian Hottas - zapytał ją o maraton we Wrocławiu, o którym rzecz jasna nic nie wiedziała i nic nie słyszała, bo co ją obchodziło jakieś bieganie. Zaledwie miesiąc później, ten znany biegacz, zaproponował jej start w zawodach, co zbyła jakąś wymówką, ale Christianowi udało się wyciągnąć ją na 3 kilometrową przebieżkę. Potem jeszcze jedną i dłuższą o kolejne 3 kilometry, a po paru następnych dniach pobiegła półmaraton w Hamburgu (1:58). Potem jeszcze jeden i za kolejny miesiąc sprawdziła się w swoim pierwszym maratonie. Jej niespożyta energia objawiła się tym, że wieczorem po starcie poszła na dyskotekę wprawiając wszystkich znajomych w zdumienie i osłupienie. Na dodatek po kolejnym tygodniu została przyjęta w poczet ultramaratończyków – ukończyła bieg na 50 km.
W 2003 roku została wpisana do Księgi Rekordów Guinessa za przebiegnięcie w roku debiutanckim największej, jak do tej pory ilości maratonów – 52! Kolejny wpis był za najszybsze przebiegnięcie pierwszej setki maratonów. Zajęło jej to: 1 rok, 11 miesięcy, 9 dni.
Do niej należą rekordy Polski we wszystkich biegach wielogodzinnych (od 12 do 72 godzin), a także ilość ukończonych maratonów – ponad 300. Maratonów często na wskroś egzotycznych: w kopalniach, bunkrach, pustyniach, miejscach odludnych lub tak długich i trudnych, że tylko ona wraz z nieliczną grupką starannie przygotowanych i zaciętych ludzi potrafiła dotrwać do mety, nierzadko zajmując czołowe miejsca.

Przygoda.
Opisując jej starty maratońskie i ultramaratońskie warto przytoczyć jej słowa i odnieść to do reakcji młodych ludzi zgromadzonych na sali. Da to posmak atmosfery panującej w auli oraz pozwoli odczuć jaka była dzieląc się sobą.
Maratony to trening – mówiła, biegam je kilka w tygodniu. Prawdziwe ściganie, to biegi 12-, 24-, 48- i 72-godzinne. Owacja na sali.
Jestem mistrzynią Niemiec w biegu 24-godzinnym z 2003 i chcę nią zostać w tym roku. Owacja na sali.
Ja się rozkręcam po 150 kilometrach. Owacja na sali.
Na udowodnienie tego stwierdzenia została przytoczona barwna opowieść o Spartathlonie – 6 maratonach pod rząd z Aten do Sparty. Jego trudach, panujących obyczajach i kolorycie, i o sukcesach w nim odniesionych.
Wspominała bieg 72-godzinny, gdy zacięła się w sobie powtarzając w kółko: „popełnię samobójstwo, nie wrócę, muszę mieć 400 km” (jest film z tego wydarzenia).
Wspominała walkę z Amerykanką podczas biegu 48-godzinnego w Dallas.
Rozpamiętywała bieg na 145 mil (235 km) z Birmingham do Londynu poprowadzony ścieżką nad rzecznymi kanałami, podczas którego zeszła jej skóra ze stóp.
I wiele innych zdumiewających wydarzeń, których niejeden z nas, dopuszczonych do jej towarzystwa, miał okazję wysłuchać.

Rodzina i dzieciństwo.
Kiedy już było wiadome czego ta niepozorna osoba dokonała, warto nadmienić skąd się to u niej wzięło. Jak kształtowało ją życie. Skąd ten upór i fenomenalna wytrzymałość.
Wczesne lata Basi nie były usłane różami. Rodzina była biedna. Zajmował się nią brat i dziadkowie. Na dodatek nie mogła chodzić. W wieku 3 lat doznała porażenia nóg. Mijał rok za rokiem, a poprawy nie było. Lekarze nie pomagali. Dopiero dziadek, który zaczął codziennie kąpać ją w wywarze z mrówek okazał się skutecznym terapeutą. Miała 6 lat, gdy radośnie oznajmiła światu: „Basia sama! Basia sama!”.
Marzyła o podróżach i sporcie. Dość wcześnie zafascynowała ją gimnastyka. Chciała nawet pójść do szkoły cyrkowej w Wielinku, ale brat wyperswadował to marzenie stwierdzając, że nie będzie żyła w wozach, przenosząc się z miejsca na miejsce. Pozostał AWF.
I rozpoczęła się jej przygoda z wrocławską uczelnią. Odrzucono jej podanie. Powodem odmowy była wada serca. To był pierwszy moment jej życia, gdy upór, pragnienie osiągnięcia celu doprowadził do złożenia dokumentów, ale los spłatał jej przykrego figla.
Wtedy, w 1979 nie udało jej się. Spóźniła się na egzamin z pływania. W następnym roku przed egzaminami umarła jej mama. Skończyły się marzenia o studiach. Zaczęła się praca.

Praca, dalsze losy, dzieci.
Mąż jest elektronikiem, ona także. Mają dwójkę dzieci. Cała rodzina „zarażona” jest pasją biegania. No, prawie cała. Mąż się nie dał porwać tej fali. Natomiast syn Krzysztof pobiegł pierwszy maraton mając 13 lat, choć to nie on podtrzymuje rodzinną pasję mamy. Ów „obowiązek” przejęła córka Kasia towarzysząca mamie podczas wielu maratonów.
W którymś momencie swojego życia Basia wyjechała do Niemiec do pracy. Języka uczyła się poprzez kontakt z ludźmi. Rzuciła się na głęboką wodę i doskonale sobie radziła. To była jej metoda działania, sposób na życie. W tym czasie dzieci powoli rosły. Jej sława biegaczki także. Znowu złożyła papiery na AWF i w końcu się udało.
Praca, bieganie, nauka. Tak zaczął wyglądać jej zwykły dzień, a że czasu miała niewiele na naukę, to uczyła się podczas biegania. Z walkmanem na uszach biegła w zawodach 48-godzinnych próbując przyswoić sobie wiadomości z zakresu anatomii.

Z autorem i jego żoną


Pytania i odpowiedzi.
Powróćmy do tamtego spotkania. Do przecudnej atmosfery, która się wytworzyła wokół niej. By choć trochę ją przybliżyć, wczuć się w nią warto zacytować kilka pytań i odpowiedzi nie nie.
Czy masz samochód? A po co!
Stosujesz jakąś specjalną dietę? Nie.
Palisz papierosy? Nie.
A alkohol? Dawniej, czemu by nie, ale teraz organizm sam odrzucił.
A organizm, jak działa organizm? Jestem z kosmosu. Tak powiedział jeden lekarz fizjolog zobaczywszy wyniki badań.
Rola Boga i modlitwy? Tak, w sposób znaczący zarówno w życiu, jak i przed każdym biegiem.
Czy czuje przed bieganiem jakąś szczególną moc? Tak. Im jest starsza, tym temperamentniejsza i musi się wyładować.

Półtorej godziny zleciało jak z bicza strzelił. Na sali dało się wyczuć kumulującą i rosnącą pozytywną energię. Każdy uczestnik tej prelekcji nagle mógł przenosić góry, chwytać byka za robi i z życiem za bary się brać. Było to niesamowicie energetyczne i energetyzujące półtorej godziny. Przede wszystkim nagle ponad setka ludzi poczuła nieodpartą chęć pobiegania. By choć poprzez krótki bieg współodczuć wypowiedziane przed chwilą emocje.
Bo Basia nie była typem człowieka budzącym zaufanie.
Była osobowością, która zmuszała do działania; dawała siłę i wiarę, i chciała byś podobnie do niej skoczył na głęboką wodę.


Gdy w 2003 pobiegłem maraton w kopalni w Sondershausen moja relacja tak jej przypadła do gustu, że od razu zadzwoniła do mnie i zaszczebiotała: „a napiszesz o mnie książkę?”. Tak – odpowiedziałem. Siądziemy sobie, włączę magnetofon i będziesz mówić, i mówić, i mówić. To będzie długa i piękna opowieść.

Teraz patrzę na puste kasety i zastanawiam się nad przewrotnością losu.

Brak komentarzy: