piątek, 27 lipca 2012

IM Frankfurt 2012 - krótka relacja


"Świeciło słońce, potem padał deszcz.
Jak w słońcu szliśmy wręcz pod deszczem. (...)"

Jakoś tak mi dźwięczą słowa Stachury w głowie, gdy sobie pomyślę o starcie w Mistrzostwach Europy we Frankfurcie podczas zawodów WTC na długim dystansie zwanych Ironman'em.
Ale po kolei.


IM we Frankfurcie oprócz wydarzenia samego w sobie, bo to ranga imprezy mistrzowska, był także kolejną kulminacją polskich przygotowań triathlonowych. Nie dość, że grupa IM 2010 licznie wystartowała na tych zawodach, to i „pociągnęła” za sobą dość dużą grupę Polaków (patrz poprzedni news).

Ponieważ IM to impreza i trudna, i wielodniowa, to do Frankfurtu należało przyjechać odpowiednio wcześniej. Gdyby znalazł się wróżbita, który przepowiadałby warunki pogodowe na zawodach w odniesieniu do pogody w trakcie podróży, to, przynajmniej w moim przypadku, jego trafność byłaby stuprocentowa!

Porzucę rozważania o wieszczeniu i pogodzie w podróży, by przejść do bliższych zawodnikom i sympatykom opisów.

Na początek kilka chłodnych słów, czyli... expo było... niedostatecznie dobre do rangi imprezy (ciągle uważam, że to w Klagenfurcie bije pozostałe na głowę). Co prawda było znacznie lepsze niż w ubiegłym roku, ale rozczarowujące. Ale to tylko otoczka zawodów, bo jak się miało okazać, to jest to impreza na najwyższym światowym poziomie.

Podczas rejestracji i wszelkich działań administracyjnych, które wykonuje zawodnik w biurze zawodów najczęściej pojawiającym się pytaniem było to o dopuszczeniu pływania w piankach.


Ledwie kilku dziesiątych brakowało, by podobnie jak tydzień wcześniej w Klagenfurcie były zabronione. Gdy wiadomość o dopuszczeniu pianek do pływania została podana na odprawie technicznej – przez Frankfurt przebiegło drżenie oddechu ulgi.

Pasta party podczas imprez IM wprowadza mnie zawsze w uczucia ambiwalentne. Z jednej strony za niecałe dwa dni zawody, z drugiej strony przepyszne, w nieograniczonych ilościach jedzenie. Jest to kolejny przyczynek do umartwiania się, szukania umiaru i trzymania pragnień na wodzy. Trudno, powetuję to sobie podczas śniadania postartowego.

W sobotę, podczas wstawiania roweru do strefy zmian pierwszy raz mi się przytrafiło, by sędziowie dokładnie oglądnęli od środka cały kask. Nie była to tylko pobieżna lustracja nalepek potwierdzających certyfikaty bezpieczeństwa, ale wnikliwe poszukiwanie uszkodzeń, które mogłyby spowodować niedopuszczenie do zawodów. Co wtedy? Szybko trzeba kupić nowy kask! Innego wyjścia nie ma. Stąd też nie warto wchodzić do strefy na ostatnią chwilę. Jeśli coś pójdzie nie tak jak powinno, nie ma się czasu na korektę.

Przy okazji – miejsce startu jest oddalone od Frankfurtu o ok. 12 km i trzeba to też wkalkulować w czas dojazdu. Nabiera to znaczenia w dzień startu, gdy najkrótsza droga jest wyłączona z ruchu, a objazd nie jest taki oczywisty. Parkowanie samochodu odbywa się na terenie żwirowni ponad 1 km od miejsca startu i strefy zmian i choć obsługa perfekcyjnie pokazuje gdzie jechać i gdzie parkować, to potrafi to zająć kilkadziesiąt minut. Im jesteś później, tym gorzej.

Gorączkę przygotowań przedstartowych (chodzi mi o ostatnią godzinę) pominę. To już rutyna: sprawdzenie roweru i doposażenie go, maści przeciw obtarciom, ubikacja (jeśli jest taka potrzeba), ubranie pianki, rozgrzewka, znalezienie miejsca w wodzie między innymi i... oczekiwanie na wystrzał startera.

Płynie się dwie różne pętle z wyjściem z wody między nimi. Zakończenie pływania, tyo podbieg po piaszczystej skarpie i zdziwienie, że włączono prysznice do opłukania pianek. Zaraz, zaraz, jakie prysznice?! Zaczyna padać!

Na początku deszcz nie przeszkadza, ale po godzinie już tak. Jest zimno, wieje wiatr i to dość porywisty, deszcz zimny to wzmaga się, to słabnie. Nawet przeżywam krótkotrwały epizod z gradem. Po drodze widzę bardzo dużą ilość zmieniających szytki zawodników. Przy jakości niemieckich dróg bardzo mnie to dziwi. Jednak zdziwienie nie rozgrzewa i forsując kolejną górkę, na dodatek pod wiatr z zacinającym deszczem, opanowując drżenie rąk na kierownicy (zimno!) zastanawiam się czy nie zakończyć wyścigu we Frankfurcie po ok. 100 km. Na szczęście wychodzi słońce! Nie przestaje wiać, ale robi się cieplej. Można jechać dalej!

To co było zbawieniem podczas jazdy na rowerze okazało się przekleństwem podczas biegu!

Po oddaniu roweru „przed kreską” (oddając rower w ręce wolontariuszy każdy zawodnik może we Frankfurcie poczuć się jak zawodnik elity), przebraniu butów i wykonaniu w pośpiechu wszelkich działań przygotowujących do biegu rozpoczyna się maraton.
4 okrążenia nad rzeką.
Kilometry mijają, słońce wysusza, „kąciki polskie” wypełnione naszymi rodzinami zagrzewają do walki i się biegnie.

I się biegnie.

I się biegnie.

Trasa świetnie zaopatrzona w punkty odżywiania i odświeżania, średnio co 1,5 km, podobnie było na trasie rowerowej co ok. 30 km punkt – można przejechać na jednym bidonie, od punktu do punktu.
Na stacjach woda, izotonik, cola, sól (!), żele w kilku smakach, jakieś ciasta, owoce, etc., a w punkcie medycznym dodatkowo wazelina.

Po każdym okrążeniu na ręce przybywa kolejna kolorowa frotka, a gdy ma się już je cztery można biec na metę!


Z metą zawodnik ma dobrze. Wolontariusze odprowadzają do zamkniętej strefy lub wiozą na noszach (wyczerpanych), a tam oprócz pamiątkowego zdjęcia czekają beczki z lodem, gorący prysznic, masaż, picia i jedzenia w bród, także certyfikat i koszulka finishera. W poniedziałek Frankfurt będzie zielony od tych koszulek.

Tego samego dnia na śniadaniu postartowym, podczas dekoracji i ceremonii przyznawania miejsc startowych na Mistrzostwa Świata Marcin Konieczny jako jedyny Polak ma przyznany, bo wywalczony i odbiera go – slot na Hawaje.
Panuje radosna, lekka i przyjazna atmosfera. Gwar rozmów tętni w hali sportowej. Opowieściom nie ma końca i nie prędko się skończą.
Moją opowieść właśnie czytasz, ale opowieści innych jeszcze na wiosnę przyszłego roku będziesz mógł usłyszeć, a może nawet i później, bo Ironman zmienia patrzenie na świat.


Brak komentarzy: