poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Norseman Extreme Triathlon 2011 cz. 4

To już ostatnia część opowieści o najtrudniejszym długim dystansie na świecie (a za taki Norseman uchodzi).

Skończyła się jazda na rowerze długim i szalonym zjazdem, T2 przygotowane przez support czekało, wystarczyło zamienić tylko rower na buty do biegania, a kask na czapeczkę i można było zacząć biec maraton.
Tak zrobiłem, a ze zmianą sprzętu zmieniła się też pogoda. Zrobiło się i słonecznie, i gorąco.



Pierwsze 25 km biegnie się wzdłuż jeziora, asfaltem, lewą stroną drogi delikatnie opadającą i wznoszącą się.
Biegnę i liczę: byłem 121, muszę utrzymać pozycję do pierwszego punktu kontroli czasu i miejsca na 32 kilometrze.
Muszę, muszę, muszę!

Do 10 km niewiele się zmienia.
Tylko wody w butelce mam coraz mniej, a słońce nieustannie i nieprzerwanie grzeje.



Organizator zapewniał, że do 25 km nie da się zawodnika w żaden sposób wspomóc. Na szczęście nie jest tak źle. Są podjazdy do domów, jakieś boczne, rzadko uczęszczane drogi i dzięki temu doczekuję pomocy po 12 km. Kasia z Przemkiem doganiają mnie (zwijali T2) i wspomagają nowymi napojami.
A ja..., ja w tym czasie jestem już 119!
Za chwilę 120, gdy jak to się później okazało, trzecia na mecie kobieta przebiega obok mnie z prędkością mknącego F-16 (określenie prędkości jest jak najbardziej relatywne, w tym przypadku jest to ok. 5:00/1 km).

Biegnę, odliczam kilometry i miejsca, krok za krokiem bliżej mety, słońce grzeje, pić się chce - typowa maratońska samotność.



Od 20 km nareszcie widać górę. Metę wybrańców.
Zmęczenie nie pozwala się zachwycić lub przerazić, westchnąć lub przekląć. Trzeba biec dalej.



W końcu pierwszy oficjalny punkt żywnościowy na 25 kilometrze. Nie należy obiecywać sobie po nim zbyt wiele, to już wiem, bo to zawody dla twardzieli, dzięki czemu nie zawodzę się.



A po nim..., po nim..., po nim zaczyna się 10-cio km podejście z 10% nachyleniem: wijące się serpentyny w górę.
W tym momencie mój misterny plan biegu do punktu na 32 km wali się w gruzy. Nie tylko mój. Prawie nikt nie biegnie. Zaczyna się marsz pod górę.
Jestem ok. 112-115-stego miejsca i wygląda na to, że już niewiele może się zmienić.
O jakże się wtedy myliłem!

  • Po pierwsze: są tacy co biegną, o ile można to nazwać biegiem, ale skutek jest jeden: znowu spadam o kilka pozycji. O tym, jak wielki błąd popełniają przekonam się parę kilometrów dalej mijając ich. Patrzą z bezsilną zawiścią i zazdrością, i nie są w stanie nic więcej zrobić.
  • Po drugie: lata doświadczeń i wędrówek górskich zaczynają procentować - większość idzie, ja maszeruję przesuwając się w klasyfikacji coraz bliżej setnego miejsca.



Ta wspinaczka jest prawdziwą szkołą charakteru. To monotonne zdobywanie wysokości. Trzeba się zaciąć w sobie i iść, i iść, i iść. Skutek dla mnie jest jeden: na pierwszym i kluczowym checkpoincie (32 km) zgłaszam się i w odpowiednim czasie, i na odpowiedniej pozycji. Mogę iść dalej. W górę.
Idę.



W końcu podejście się kończy. Przede mną 2 kilometry płaskiego (pamiętasz z poprzedniej części opisywanie dominującej płaszczyzny?, "płasko", czyli suma podejść i zbiegów wynosi ok. zero). Postanawiam biec. Wypoczęty marszem - biegnę i przesuwam się na 99-100 miejsce (przez grzejące słońce gubię nieco rachubę, a może to zmęczenie?). W każdym bądź razie cieszę się z "wejścia" w pierwszą setkę.



Dobiegam na 37-my kilometr. Przemek czeka już z plecakami z obowiązkowym wyposażeniem. Podchodzimy do bramki, dokonuje się obowiązkowa kontrola i ocena mojego stanu. Werdykt: mogę kontynuować zawody. Na górską ścieżkę wchodzimy jako 97 zespół.



Udało się, hura! Teraz już wiem, że nikt mi nie odbierze mojego zwycięstwa. Mogę się wlec noga za nogą i tak skończę na górze, przy schronisku na Gaustatoppen. Dodatkowe siły wskrzeszone euforią powodują, że pragnę być w pierwszej setce, utrzymać to miejsce. Zaczyna się szaleńczy marsz po rumoszu skalnym.
Najpierw ja ciągnę za sobą Przemka, potem to on będzie odnajdywał ścieżkę i mnie prowadził.



I tak wchodzimy coraz wyżej i wyżej, aż w którymś momencie mam już dosyć. Już mi się nie chce. Chcę odpocząć. Gdzie jest ten cholerny wierzchołek?! Gdzie ta przeklęta meta?! Są tylko kamienie osuwające się spod butów.
Obojętnieję, pogodzony z losem, który oznacza dla mnie niekończące się wchodzenie i wpatrzony w podeszwy Przemka idę jego śladem.

I gdy meta jest już parę metrów nade mną, gdy przygotowuję sobie choreografię wejścia i pozowania do zdjęć słyszę głos: szybciej, bo ten z dołu biegnie i cię przegoni.
Podrywam się do biegu. Nie! Nikt mnie nie przegoni! Już nie pozwolę się wyprzedzić! Nie teraz! Nie teraz! Zdyszany przebiegam metę.



Nie mam siły się cieszyć, krzyczeć czy płakać ze szczęścia. Dostaję swoją nagrodę: talerz zupy i... mogę zjechać windą tunelem wydrążonym w górze. Przemek schodzi, po drodze zabiera wdrapującą się Kasię, która miała donieść mi kolejną zmianę rzeczy.
Spotykamy się na parkingu na 37-mym kilometrze. Parę godzin temu stąd wyruszałem na ostatnie kilometry. Patrzę na górę. Wygrałem. Jeden-zero dla mnie.
Jedziemy do hotelu odpocząć. Jestem Norsemanem. Zmęczonym i zadowolonym z siebie Norsemanem.



Wracając do biegu: wyprzedziła mnie tylko jedna osoba.
Wracając do zawodów: ukończyłem je na 88 miejscu.
Wracając do wyczynu: dokonałem wielkiej rzeczy: jestem pierwszym Polakiem, który ukończył Norseman'a finiszując na szczycie góry.

Na drugi dzień z rozkoszą ubrałem czarną koszulkę finishera. Leżała jak ulał.



Chciałbym serdecznie podziękować Przemkowi Przywartemu, który okazał się najlepszym supportem świata. Mój sukces bez jego udziału nie byłby nic warty, w ogóle nie byłby możliwy.

Dziękuję kibicom za wsparcie, którego świadomość podtrzymywała mnie na duchu w zimnej wodzie, w deszczu na zjazdach i mozolnych wjazdach na kolejne góry, w biegu i marszu na szczyt.

Dziękuję Kasi, bez której akceptacji moje wyczyny nigdy by się nie powiodły.



***

Post scriptum o trudności wyścigu:
Ta edycja (9-ta) Norseman'a została określona przez wieloletnich uczestników jako najcięższa i najtrudniejsza w jakiej do tej pory brali udział. Jestem jego częścią.




4 komentarze:

Kamil pisze...

Dzieki za swietna recenzje imprezy. Zaloze sie ze po przeczytaniu jej wielu polakow pojdzie w Twoje slady :)

Maki pisze...

Gratulacje.

MM pisze...

Szacunek! Podziwiam - od samego czytania można się zmęczyć ;) Poza tym po takim opisie zbliżające się niedzielne 42.2km po mieście wydaje się bardziej rekreacją, niż jakimś realnym wysiłkiem :)

Kopernik też był morsem pisze...

Czytam tę relację już n-ty raz i za każdym razem serce zaczyna bić mi coraz mocniej. A co będzie jak mnie wylosują...?:)

Serdeczności,
Grzegorz Janicki