wtorek, 9 sierpnia 2011

Norseman Extreme Triathlon 2011 cz. 1

Nadeszła pora podzielenia się przeżyciami.
Tych, których niewiele to obchodzi zapraszam tylko na skróconą relację, która sprowadza się do odpowiedzi na trzy pytania:
Ciężko było?
Drogo było?
Warto było?
I na wszystkie te trzy pytania odpowiadam: TAK!

I ci, których niewiele to wydarzenie obchodzi mogą spokojnie wyjechać na miesięczny odpoczynek, albowiem planuję przez cały miesiąc sukcesywnie zamieszczać relacje z Norsemana.

***



Opowieść swoją powinienem zacząć od kiełkowania idei, ale to zbyt daleko idące wywodzenie. Zamiast tego zacznę od ponurych myśli, które mnie nachodziły, gdy oglądałem sufit w Salzburskiej Klinice Ortopedycznej 6 tygodni wcześniej.
Po 5 godzinach jazdy w deszczu, głodny, wyziębiony i z pewnością otępiały nie zareagowałem w porę na zjeździe, na zakręcie.
Skutek był opłakany, ale nie dość, że przeżyłem, to jeszcze niczego sobie nie złamałem, a podejrzeń lekarze mieli aż nadto.
Szczęśliwie byłem cały i mogłem roić sobie desperacki powrót do sportu, choć w tamtej chwili zastanawiałem się tylko jak wycofać się z Norseman'a bez utraty wpisowego.


Mijały tygodnie. Wracały siły, wracało zdrowie, nawet utracona forma raczyła powoli się do mnie podkradać. Coraz sprawniej biegałem, coraz wygodniej było na rowerze, tylko do wody nie wchodziłem ze względu na obolały bark. Powróciła nadzieja na start.

Po IM we Frankfurcie przygotowania wyjazdowe nabrały tempa.
Zaczęło się wielokrotne czytanie zaleceń i wymagań organizacyjnych, pakowanie rzeczy na wszelką możliwą pogodę i na częste zmiany w razie bardzo niekorzystnej, i gdy już tych rzeczy było naprawdę przygotowanych bardzo dużo, to okazało się, że mogłoby być ich jeszcze więcej (na szczęście nie wszystkie były potrzebne, ale o tym miałem się przekonać za kilka dni).



Aż w końcu przyjechał Przemek Przywarty, który miał pełnić rolę i wypełniać obowiązki supportu, i wraz z Kasią trzasnęliśmy drzwiczkami od samochodu, i... rozpoczęliśmy ciągnącą się przez ponad 2000 km drogę.



Droga autostradami jest nudna. Szybko i szybciej. Kolejne tankowanie, odpoczynek i dalej. Dopiero w Norwegii zrobiliśmy sobie prawdziwy biwak z gotowaniem na ognisku, spaniem w namiocie, myciem w rzece; ech, taka namiastka traperskiej przygody. Pierwsza i ostatnia na trasie.
Jedyne „drogowe” przygody spotkały nas w Norwegii: krowy spacerujące po drodze. Poza tym padało. Raz silniej, raz słabiej, ale nieustannie.



Podjeżdżając od strony Oslo miałem okazję zapoznać się z większą częścią trasy. Co prawda „pod prąd”, ale dobre cokolwiek. Patrzyłem na trasę między wahnięciami wycieraczek ścierającymi wodę, patrzyłem na tablice z 6%, 7% i 8% wielokilometrowymi zjazdami, które już jutro miały być dla mnie podjazdami, patrzyłem na przerażające serpentyny, po których miałem zjeżdżać, deszcz padał, serce miękło, niepokój rósł, wyobraźnia odgrzebywała okruchy wypadku z Austrii, dłonie potniały...



Jeśli się powtórzy sytuacja sprzed kilku tygodni?

Wydawało mi się, że przegnałem lęki. Na kilku treningach, na swoich trasach zjeżdżałem bez obaw i zahamowań (psychicznych i tych dosłownych).
Wydawało mi się, że przegnałem lęki.
Musiałem przyznać przed sobą samym: wydawało mi się!
Nie przegnałem!



Na miejscu mieliśmy być w piątek (start w sobotę) wczesnym przedpołudniem by odebrać pakiet startowy: numer, chip, naklejki na samochód, koszulkę dla supportu i wziąć udział w obowiązkowej odprawie.
Czułem się, że pół dnia zmarnowałem przyjeżdżając za wcześnie.
Komu potrzebna jest odprawa przed zawodami?
Cóż takiego może powiedzieć organizator czego bym nie wiedział?



Okazało się, że na przykład mogę nie wiedzieć, że chcą zmienić dystans pływania, albo je odwołać, bo temperatura wody spadła do 11 stopni.
Mogą też, zmienić miejsce pływania. Przesunąć o 20 km dalej.
A że w regulaminie nie ma nic o nienaruszalności dystansów konkurencji, to te 20 km więcej doliczy się do jazdy na rowerze. Proste? Proste!
W ten sposób „mój” Norseman będzie liczył nie 226 km jak przystało na dystans ironmanowy, ale 246 km, z 200-stoma km jazdy na rowerze.
No i okrętowanie na prom będzie 10 km od Eidfjord pół godziny wcześniej. Szykuje się w związku z tym krótka noc.



Właśnie! To gdzie śpimy?
Rozstawiamy namiot na pobliskim stadionie w deszczu, czy idziemy na salę sportową (o hotelach, pensjonatach, kwaterach należy zapomnieć – wszystko zajęte przez triathlonistów)?

Wybieramy salę (100 NOK od osoby) i zajmujemy śpiworami miejsce.



Rozpoczynamy szykowanie wyposażenia do T1, do T2, warianty ubraniowe na trasę oraz obowiązkowe wyposażenie na ostatnie kilometry kopuły szczytowej. Po czym idziemy oglądnąć zmagania młodzieży w sprincie triathlonowym, a dokładniej: duathlonowym. Ze względu na zimną wodę odwołano im pływanie, mimo tego, że mieli przepłynąć tylko 400 m.



A potem..., potem wracamy na salę, korzystamy z kuchni by ugotować sobie kolację i ułożywszy się w śpiworach udajemy, że śpimy.
To na nic. Nie da się zasnąć!
Nie przeszkadzają szelesty, szepty, wyjścia i powroty do ubikacji. Ciężar jutrzejszych zmagań nie pozwala zasnąć. Tysiące myśli, odczuć, postanowień przewala się z łoskotem i wyrywa z płytkiej drzemki. Gdy w końcu, litościwie sen przerywa tę szaloną gonitwę na sali zapala się światło.
Jest 1:30.
Już czas!


Brak komentarzy: