czwartek, 17 grudnia 2009

Wygrać Ironman'a - relacja i plan

Docelowy start w pierwszej części sezonu przypadał na dzień 12 lipca (oczywiście planowałem jeszcze jeden występ na Hawajach ale życie (czytaj finanse) nieco te plany skorygowały.

Tymi słowami kończyła się poprzednia relacja niezrównanego Roberta Stępniaka; pora na opis zawodów oraz obiecany plan przygotowań.



Ironman Switzerland.
Blisko 2,5 tysiąca zgłoszeń.
Kolejne wielkie święto triathlonu w Europie.
Na miejsce przyjechałem w piątek wieczorem (dwa dni przed startem). Spanie na campingu, gdzie namioty stoją upchane jeden przy drugim niczym sardynki w puszce. Brak przestrzeni życiowej i kosmiczne opłaty rekompensował przepiękny widok na zurichskie jezioro. Niestety, tym razem nie przyjechałem tam dla widokówkowych krajobrazów. Samopoczucie też nie było najlepsze.

Sobotę rozpocząłem od łykania aspiryny i czułem jak jakieś choróbsko wisi w powietrzu. W przeddzień startu tylko lekki rozjazd rowerem, dosłownie 30 kilometrowy spacerek pomiędzy setkami ludzi startującymi w triathlonie olimpijskim. Potem wycieczka do centrum, obowiązkowa wizyta na triathlonowych targach i o 21.30 spanie. Z tym spaniem przed startem to u mnie jest różnie. Cykora mam takiego, że budzę się co chwilę i zazdroszczę wszystkim, którzy jutro nie będą musieli tego przechodzić co ja.

Pobudka trochę wcześniej niż bym sobie tego życzył ale spróbujcie spać normalnie na polu namiotowym. Wystarczy, że sąsiad z boku puści bąka i już cztery namioty dookoła są na nogach. Lekkie śniadanie (chleb z miodem, herbata) i spacer na start. Adrenaliną mógłbym obdarować pół Szwajcarii. Napięcie potęguje latający nad głowami helikopter ekipy tv.

Do pierwszej linii ,,frontu” dotarłem (tzn. przepchałem się przez tłumy) trzy minuty przed startem. Wyobraźcie sobie jakie więc było moje zdziwienie, kiedy w minutę później wszyscy zaczęli płynąć. Popaprani Szwajcarzy - pomyślałem sobie. Niby tacy skrupulatni, najlepsze zegarki na świecie a nas startują przed czasem. Zapomniałem tylko o jednym o czym mówiła w mi w przeddzień Uli (Urlike Fuhrmann), która była na odprawie, że start jest z wody, około stu metrów od brzegu. Zanim się zorientowałem mój włączony ,,Polar” pokazywał mi tak wysokie HR, że myślałem iż się zepsuł. Chociaż coś mi nie pasowało od samego początku. Po pierwsze było za luźno, nikt się specjalnie nie rozpychał, a po drugie... byłem za bardzo w czubie stawki. Jak już nastąpił prawdziwy start (punkt 7:00!) wszystko wróciło do ironmanowej normy. Każdy po każdym, byle by do przodu. Fala, jak na tak wczesną porę dnia dosyć spora. Ale po równo godzinie byłem na brzegu. Średnie HR - 160.

Wyścig kolarski przez pierwsze 20 km przebiegał po płaskim terenie wzdłuż jeziora. Zawsze staram się nie poddać emocjom i zachować zdrowy rozsadek. Jadę jednak i tak ponad 40 km/h. Ale kurde inni jadą jeszcze szybciej! A niech sobie jadą. Gdzieś w końcu ich musi zablokować. Żaden mi na Normanna Stadlera nie wyglądał. Po blisko półgodzinie jazdy trzeba było skręcić w lewo i zaraz się zaczęło. Góra, zjazd, góra i tak non stop. Podjazdy mi pasowały. Zwłaszcza, jak mijałem tych cwaniaków z ,,płaskiego”. Niestety gorzej było na zjazdach. A zwłaszcza na takim, gdzie bez pedałowania zasuwało się ponad 70 km/h. Dopiero wtedy zrozumiałem znaki zakazujące używania lemondówy. Ponadto zaczął siąpić lekki deszczyk.

Na moim pożyczony na wyścig rowerze zaopatrzonym w głaciutkie szytki i karbonowe koła nabrałem prędkości ponad 70 km/h. Za chwilę miał nastąpić skręt o 90° w lewo. I nie było by nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że mój przepiękny ,,Felt” nie chciał za bardzo hamować. Hamował ale nie na tyle bym był w stanie wytracić prędkość i bezpiecznie skręcić. Przerażony? Mało powiedziane. Byłem po prostu (przepraszam za wyrażenie) osrany. W ostatniej chwili zobaczyłem pod nieco łagodniejszym kątem zakręt pod górkę w prawo. Klocki na maksa, koło się ślizgało i... wpadłem na betonowe ogrodzenie. Do dzisiaj nie chce mi się wierzyć, że zarówno ja, jak i rower wyszliśmy z tego bez szwanku. Na następnej pętli byłem bez wątpienia najwolniej zjeżdżającym uczestnikiem zawodów.



Jeszcze jedno ,,fajne” zdarzenie przytrafiło mi się na długiej prostej w okolicy strefy zmian. Jadący przede mną (10 metrów było zachowane, spokojnie) gość zepchnął na barierki ochronne faceta, który jechał po jego prawej stronie. Kompletny palant. Wyglądało, jakby zobaczył kogoś znajomego i chciał do niego zjechać przybić piątkę. Makabryczny widok. Obaj upadli i zaczęli szorować asfalt. Jechałem ponad cztery dychy i nie miałem nawet szans przełożyć rąk na manetki. Kolejny cud sprawił, że rozsunęli się na tyle, że można było minąć ich środkiem. Uff! Wiedziałem, że limit szczęścia mam już wykorzystany. Ostatecznie wyścig kolarski skończyłem szczęśliwie z czasem 4:57,01. Życiówka!

Szybka zmiana butów (bez skarpet, bo przemokły, jak padało – pamiętajcie, buty zawsze do góry podeszwą!) i ruszyłem do biegu.

Mięśnie czwórgłowe ud zaczęły niepokojąco pulsować ale byłem dobrej myśli. Niestety po półtora kilometra pojawiły się już skurcze. Dupa. Dupa blada pomyślałem. Usiadłem na ziemi i zacząłem je rozmasowywać. Trochę to trwało. Potem wstałem i powoli zacząłem iść. Następnie lekki truchcik i w końcu zacząłem znowu normalnie biec. Hurra! Przeszło. Biegło mi się później, jak nigdy przedtem. Czułem, że mnie dosłownie niesie. I w dodatku super trasa. Wszędzie pełno ludzi, cztery pętle, tak jak lubię. Kończę z czasem, teraz uwaga... 3:01,34. Średnie Hr - 153.
Znowu życiówka!

Ostateczny czas mojej przygody z Ironmanem w Zurichu to 9:01,55.

Pierwszy w kategorii, dwudziesty piąty w open.

Szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Przed wyjazdem brałbym ten wynik w ciemno. Teraz z perspektywy czasu patrzę na tą jedną minutę i pięćdziesiąt pięć sekund i mam lekki niedosyt.
Był to mój dziesiąty start na długim dystansie.
Na drugi dzień podczas uroczystego wręczania nagród (w moim przypadku była to drewniana tabliczka, pudełeczko multiwitamin, jakiś krem i ... śniadaniowe płatki?!) z łezką w oku przemilczałem chwilę kiedy wyczytywano moje nazwisko do startu na Hawajach.



Po powrocie do Polski i tygodniowym odpoczynku w górach startowałem jeszcze w kilku triathlonach, a we wrześniu zakończyłem sezon.

***

A teraz obiecane mikrocykle Roberta:

Od tego zaczął; do połowy stycznia:

Trzeci tydzień mezocyklu z wprowadzonym drugim zakresem:

Przykładowy tydzień czwartego mezocyklu sprzed BPS-u:

Tydzień przed zawodami w Suszu (113 km):


Legenda:
nn-nogi, rr-ramiona, p-przerwa, "+"-trening łączony (dodatkowo zaznaczony kolorem), k-kraul, d-delfin, g-grzbiet, zm-zmienny, ż-żabka, P-płetwy, 1,2,3,4 - kolejne długości basenu wg. stylu zmiennego, T-tempo, SW-swobodnie, W-wiosła (łapki)

Brak komentarzy: