Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2024

100 km, 200 km , 300 km i jeszcze więcej na rowerze

A do tego solo i na raz.
I jakby tego było mało to w jednym sezonie.

4 lata temu pisałem o czymś innym niż trening sportowy, o czymś co może być dobrym przygotowaniem do rowerowych wyścigów długodystansowych, czyli o swoim bikepackingu, z Wrocławia nad morze i z powrotem.

Oprócz krótkiego opisu przygody i 1000 km trasy więcej tam miejsca poświęcam sprzętowi niż wytrzymałościowym przygotowaniom.

Za to poniżej przeczytasz o podnoszeniu objętości w kontekście wyścigów długodystansowych. Oparłem to na własnym przykładzie.



Jeśli nie jesteś Ironmanem przyzwyczajonym do długotrwałych jednostek treningowych, do pokonywania odległości w okolicach 180 km podczas zawodów i to między pływaniem, a bieganiem, a więc i do treningów rowerowych powyżej 100 km, to najpierw osiągnij taką objętość.

Tu taka "próba generalna" poprzedzająca z 88 kilometrami.
https://www.strava.com/activities/11126975435

100 km na rowerze to taki pierwszy „kamień milowy” do osiągnięcia.

100 km na rowerze po raz pierwszy jest przełomowym osiągnięciem, potem już wystarczy systematycznie przejeżdżać taką odległość.
I stopniowo podnosić objętość.

Dlaczego 100 km? Po pierwsze, to taka ładna, okrągła liczba i robiąca wrażenie. Po drugie czas jazdy około 3 godzin lub ponad 5 pozwala poczuć wszystkie niedogodności i niedopasowania pozycji, a więc daje możliwość poprawienia jej.

Można taką jazdę realizować jako jazdę, jak to mówią: wokół komina, co jest najczęstszym sposobem na wyjeżdżenia. Można wykorzystać warunki atmosferyczne, przede wszystkim wiatr w plecy! 

Tu taki przykład 140 km:
https://www.strava.com/activities/11285472406


Jak można się domyślić wiało z południa.

Można też taką jazdę realizować jako jazdę „tam” + nocleg i „powrót” następnego dnia lub kolejnego.

Tu przykład wyjazdu na DFBG do Lądka Zdroju (116 km):
https://www.strava.com/activities/11933087016

i powrót (też 116 km, choć inną trasą):
https://www.strava.com/activities/11949498066

Aż w końcu, tak jak i u mnie, przyjdzie osiągnięcie kolejnego „kamienia milowego”, czyli 200 km.

Postanowiłem przejechać to na znanej sobie trasie (znanej odcinkowo) i przy okazji realizując swój stary pomysł i wypełniając po drodze kilka założeń:

1. wokół Wrocławia (miasto w którym mieszkam) z przejazdem przez prawie wszystkie satelickie miasteczka [Oborniki Śląskie, Trzebnica, Oleśnica, Jelcz-Laskowice, Oława, Sobótka, Środa śląska, Brzeg Dolny];

2. kształt miał być jak najbardziej zbliżony do koła z Wrocławiem w środku;

3. Minimum 200 km, by miało posmak brevetu.



Gdy już 200 km było za mną, to trzeba było wyznaczyć kolejny cel. Jak łatwo się domyślić było to 300 km.



I tutaj chciałbym zwrócić uwagę na kilka aspektów, które mogą się przydać.

Różnica między 200 a 300 jest znaczna, ale nie wymaga już dodatkowych przygotowań. Przejeżdżasz 200, to i 300 przejedziesz!

Rolę wiodącą odgrywa wygoda pozycji, odpowiednia intensywność i właściwe odżywianie i nawadnianie.

Czym jest odpowiednia intensywność? To jest taka prędkość jazdy, która daje poczucie nieprzerwanej jazdy przez cały dzień, bez sapania, pocenia się, ścigania - po prostu jedziesz. Właściwe odżywianie też jest takie: je się i pije takimi porcjami i z taką częstotliwością, by nie doprowadzić do załamania.
Są to tak mocno zindywidualizowane sprawy, że właśnie po to są jazdy na krótszych odcinkach by wiedzieć czym jest odpowiednia intensywność i właściwe odżywianie i nawadnianie.

No dobrze było 100, było 200, było 300 km.

Co po 300 km?

400 km!

Tę odległość postanowiłem przejechać jadąc nad morze, przy okazji realizując kilka założeń i planując kilka osobistych rekordów.

Ze względu na wiek (ech, niestety lata lecą) nie jeżdżę już tak szybko jakbym chciał. Na dodatek obciążony rower nie sprzyja rozwijaniu prędkości, które są podstawą podczas zawodów.

Moją ustaloną jest ok. 20 km/h (czyli mogę jechać i jechać) i tak sobie przeliczyłem prawdopodobny czas jazdy netto. To łatwe: odcinek 400 km podzielone przez prędkość daje czas jazdy 20 godzin. Do tego dochodzą przerwy na jedzenie (nie lubię jeść podczas jazdy), odpoczynek, przebieranie się, a więc doba - 24 godziny - powinny wystarczyć.

Odpowiedni odcinek znalazłem na mapie: Wrocław - Kołobrzeg. W zupełności wypełniał przyjęte założenia, nawet z nawiązką.
Wyjechałem ok. 20:00 i dojechałem przed 20:00 następnego dnia.



No i proszę… można? Można!

Skoro mi się udało, to i jest to w zasięgu każdego. Wystarczy się tylko odpowiednio przygotować.

***

Kilka uwag na koniec:

Przy tak długiej jeździe wariant noc-dzień może nie każdemu odpowiadać. Może lepszy byłby dzień-noc, albo nawet dzień południe lub popołudnie-noc-dzień. Nie wiem. To także mocno zależy od osobistych preferencji, a zwłaszcza odporności na brak snu i odwagę w samotnej jeździe przez ciemny las.
Ja wybrałem wariant noc-dzień, bo na początku jechałem po trasach, które znałem, choć zamiast położyć się spać usiadłem na rowerze (kolejne 12 godz. bez snu). 

Jazda w nocy i oświetlenie drogi. 
Warto spróbować pojechać choć 1 godzinę w nocy, poza miastem, poza oświetlonymi drogami, by wiedzieć z czym trzeba się zmierzyć i jakie oświetlenie jest potrzebne, a jest to priorytetowe nie tylko ze względu na innych użytkowników dróg, ale na własne bezpieczeństwo jazdy, kierowania i prowadzenia w śladzie roweru, bo asfalty są w wielu miejscach kiepskie: dziurawe i kalafiorowate; a w nocy nie wszystko się zobaczy.

Siodełko, spodenki oraz krem/maść, to najważniejsze dopasowanie. Po to są jazdy z mniejszym przebiegiem niż doba na siodełku; właśnie te 100 i 200 km.

Może się zdarzyć, że dopiero po wielu godzinach poczujesz ból nadgarstków, szyi… cóż, przerwa i gimnastyka pomaga, choć nie na zawsze na długo.

Naucz się jeździć wolniej, jednostajnie i zapobiegać zapaściom spowodowanych brakiem sił, czyli zwracaj uwagę na systematyczne jedzenie i picie. Zlekceważysz na początku, bo jedzie się lekko i przyjemnie, a potem nie dojedziesz w zaplanowanym czasie.

To co? Widzimy się w 2025 na trasie?

***

Wszystkie szczegółowe dane i zdjęcia znajdziesz na moim profilu:

środa, 12 stycznia 2022

Trenażer rowerowy, Adam Słodowy i zrób to sam (DIY)

Warto zacząć początek roku od jakiegoś jubileuszu. 

50-lecie jest dość dobrym pretekstem.


Właśnie tyle lat, bo 50 ma wydana książka, którą wyciągnąłem z bibliotecznej półki.

Był to wydawniczy przebój z kapitalnymi realizacjami tworzonymi przez nietuzinkowego majsterkowicza.

Piszę tutaj o Adamie Słodowym i książce „Lubię majsterkować”.

 

Okładka książki Adama Słodowego "Lubię majsterkować".


Poniżej potwierdzenie roku wydania ze stopki wydawniczej. Dla niedowiarków rzecz jasna.


Stopka
WNT, Warszawa 1972, Wyd. III. Cena zł 30.


Także wyjaśnienie skąd się wziął się tytuł ksiązki (wyjaśnienie to też jest zamieszczone w książce), której trzecie wydanie dopiero od tej edycji zaczęło nosić nazwę „Lubię majsterkować”.

Poprzednie dwa wydania ukazywały się pod tytułem "To wcale nie trudne".




Pora wyjaśnić skąd na blogu poświęconym treningowi wytrzymałościowemu, poświęconemu triathlonowi pojawia się wątek majsterkowania, czyli DIY (z ang. do it yourself, czyli zrób to sam).


Przeglądając spis treści (patrz zdjęcie poniżej) można zauważyć pod pozycją 12. intrygujący tytuł kolejnej polecanej „robótki” do zrobienia, a może problemu do rozwiązania: jak jeździć rowerem po pokoju

Skojarzenie zatem jest proste i jednoznaczne, a wpis uzasadniony.


Jeszcze pod pozycją nr 14 jest kolejny interesujący miłośnika kultury fizycznej wpis: sztanga do ćwiczeń gimnastycznych, ale zostawię go na inną okazję; aha, i nie jest to zatopienie metalowego pręta w wiadrach z cementem.



Fragment spisu treści.


Wracam do problemu: jak jeździć rowerem po pokoju

Dzisiaj to zadanie rozwiązuje się poprzez wyciągnięcie trenażera.

A kiedyś?


Nie wdając się w szczegóły konstrukcyjne popatrzcie na samą realizację idei:


Zdjęcia trenażera i rysunki techniczne konstrukcji.
Chcąc zobaczyć powiększenie kliknij w zdjęcie.


Tak realizowała się domowa pasja łącząca majsterkowanie i kolarstwo przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w PRL-u.


A dzisiaj?

Trenażer, komputer, Zwift i Strava.


Wiem, że istnieje kilka domowej produkcji rolek do treningu. A nawet kilka trenażerów lub stojaków mogących uchodzić za takie rozwiązanie. Może to właśnie instrukcja z książki Adama Słodowego natchnęła zmyślnego konstruktora, a… może przyczyny były zupełnie inne?


Trenażer, komputer, Zwift i Strava.


Warto sięgnąć po nieco zakurzone książki by się przekonać jak bardzo zmienia się świat. 

Bo idąc z żywymi naprzód, właśnie po takich smaczkach i perełkach widać upływ czasu.


Trenażer, komputer, Zwift i Strava.




***

A następnym, wspominkowym, razem przypomnę pierwsze monitory pracy serca.




sobota, 18 września 2021

Karkonosze, Triathlon Karkonoski, Maraton Karkonoski

To już koniec.

To ostatnie edycje dwóch świetnych wydarzeń sportowych.

Triathlon Karkonoski zwany Karkonoszmanem, i Maraton Karkonoski w roku 2021 po raz ostatni przyciągną na swoje trasy zawodniczki i zawodników, a potem... wraz z jesiennymi mgłami rozwieją się nad Śnieżką.



Szkoda. Lekkie ukłucie w sercu pozostanie, ale decyzji Roberta Gudowskiego nie będę krytykował, podważał, sprzeciwiał się. Po prostu ją zaakceptuję, bo wiem na jak trudnym terenie działa. I nie chodzi o góry, tylko o administrację i machinę urzędniczą. 

A i sami zawodnicy swoją roszczeniową postawą walnie też się przyczyniają do zniechęcania organizatorów.

Żal, ale i akceptacja...


Będzie mi tych startów brakować, bo w obu przypadkach uczestniczyłem w tzw. edycjach zerowych. 

Jak to było w przypadku Maratonu Karkonoskiego przeczytasz w tym miejscu: http://im226.blogspot.com/2008/08/maraton-karkonoski.html.

Jak to było z Karkonoszmanem przeczytasz w tym miejscu: http://im226.blogspot.com/2013/09/triathlon-karkonoski.html.


Karkonoszman w wydaniu zerowym, to magiczne pływanie w unoszących się znad wody mgłach.

Płaska tafla zalewu, bezwietrznie, pomarańczowe mgły rozświetlane wschodzącym słońcem, cisza i... rozchodzące się od kraula delikatne fale, które wygaszały się nim dotarły do brzegu.


To był taki moment, który wraz ze startowym skokiem z promu (Norseman - o tym było w tym miejscu: http://im226.blogspot.com/2011/08/norseman-extreme-triathlon-2011-cz-1.html),
zjazdem w ciemność pod ziemię (maraton w Seondershausen - o tym było w tym miejscu: https://im226.blogspot.com/2007/09/wycig-podziemnymi-grami.html) pozostaną ze mną na zawsze.

Nawet Maraton Karkonoski ma swoje mocne, wryte w pamięć doznanie, ale o tym za moment.


Wracając do Triathlonu Karkonoskiego cieszę się, że wziąłem udział w edycji zerowej, że na prośbę Roberta Gudowskiego, zwanego Gudosem lub Ojcem Dyrektorem zaprosiłem grupę triathlonistów, swoich zawodników i podopiecznych wyróżniając ich w ten sposób. 

Napawa mnie zadowoleniem fakt, że zarówno pierwszą, tę oficjalną, jak i tę ostatnią edycję wygrywali moi zawodnicy lub triathlonowi wychowankowie, a większość osób z zerowej edycji związała się na te wszystkie lata z Karkonoszmanem, startowo lub organizacyjnie.


***

Z Maratonem Karkonoskim nie mam już takich silnych powiązań. W nim nawet startowałem poza edycją zerową, nawet nie raz, i pamiętam taki rok, że była tak wielka nawalna ulewa, tak pioruny biły w okolicach Śnieżki i Równi pod Śnieżką, że trasa została skrócona o połowę, a byli też tacy, nieliczni co prawda, ale byli, którzy nie wyszli ze schroniska na start. 

Ale też pomiętam taki rok, że upał wyciągał ostatnią kroplę wody z zawodników, a oni bezwstydnie  prosili turystów o łyka z ich zapasów dźwiganych w plecakach.

Należy wspomnieć też o tym, że Maraton Karkonoski tak świetnie się rozwijał, że miał swoją organizacyjną kulminację zostając gospodarzem Mistrzostw Świata. Niewielu organizatorów stać na taką organizacyjną perfekcję.

Cóż... było, minęło. 

Cóż... można przytoczyć wiele poetyckich cytatów o przemijaniu, złotych myśli i filozoficznych porzekadeł. Sam mam ich sporo, ale po co?
Cóż... było, minęło. 
Kto zdążył wystartować - brawo!
Kto nie zdążył - gapa.
Czy będzie kiedyś jeszcze nam dane spotkać się na tych trasach w rywalizacji sportowej?
Zobaczymy.





sobota, 3 sierpnia 2019

Maraton - historia i legenda

Poniższy tekst jest zapisem z prelekcji, którą wygłosiłem w przeddzień Maratonu Warszawskiego w 2005 roku.
Jak łatwo się domyślić traktowała ona o początkach tego, co dzisiaj porusza miliony ludzi na całym świecie. Ludzi, którzy odnalazłszy swoje życie w biegu sukcesywnie przemierzają wszystkie (sic!) kontynenty świata.

Otóż dawno, dawno temu... 
Otóż dawno, dawno temu na świecie panował Chaos.
Miłośników biblijnego stworzenia świata muszę przeprosić za to, że nie odniosę się do Ewangelii, ale wtedy nikt jeszcze nie słyszał o Chrystusie.
Wiele rzeczy się z tego Chaosu wyłoniło tworząc ówczesny świat. Świat Bogów, Tytanów i Herosów. Nieśmiertelnych i śmiertelnych bohaterów, dla których nie bogactwo, a sława była przyczynkiem do, nie zawsze wzniosłych, nierzadko gniewnych czynów (vide Achilles). Tak, tak. Niestety czynnikiem ekspansji i rozwoju jest albo władza, albo bogactwo. Albo wolność, gdy istnieje siła pozbawiająca władzy i zabierająca bogactwo do siebie. W tej materii przez parę tysięcy lat nic się nie zmieniło. 
Otóż dawno, dawno temu...
Za siedmioma morzami, za siedmioma górami... 


Za panowania Dariusza I (522-486 p.n.e.) królestwo perskie obejmowało ogromne terytorium, rozciągające się od ziem dzisiejszego Afganistanu na północnym wschodzie po Turcję na zachodzie; na północy przekraczało południową granicę byłego Związku Radzieckiego, na południu obejmowało Egipt i sięgało Oceanu Indyjskiego (patrz mapka powyżej).
Królestwo perskie powstało dzięki Cyrusowi który w 560 roku p.n.e. objął władzę w Persji, wówczas wasalnym królestwie podległym Medii. Najpierw pokonał Medów, potem wyczerpanych wojną Lidyjczyków i dzięki temu zyskał zwierzchność nad leżącymi na egejskim wybrzeżu Anatolii greckimi poleis (podporządkowane wcześniej przez lidyjskiego władcę Krezusa).
W niniejszym tekście będę używał słowa polis (l mn. poleis) na określenie greckich państw-miast, co wg mnie lepiej oddaje charakter tamtejszych struktur państwowych.
Spotkanie tych dwóch kultur miało przynieść w przyszłości wielkie bitwy i na wiek wieków wryć się w historię ludzkości.
Dzięki dochodom płynącym z władania tak rozległymi obszarami perska monarchia była nieporównywalnie bogatsza od innych ówczesnych państw. Ba, była w owym czasie najbogatszym, największym i najpotężniejszym militarnie państwem starożytnego świata. Przekładało się to na bogate otoczenie króla świadczące o jego wielkości i wyższości nad zwykłymi śmiertelnikami. Podobno dla okazania łaski poddanym król codziennie wydawał gigantyczną ucztę dla piętnastu tysięcy gości arystokratów dworzan i innych ludzi przebywających na dworze. Grecy, w których potęga perskiego władcy budziła lęk i podziw, mówili o nim "Wielki Król". 
Odwieczny konflikt o prymat między Atenami a Spartą stał się bezpośrednią przyczyną wybuchu wojny. 

Pierwszy kontakt dyplomatyczny pomiędzy Atenami a Persją (którego przyczyną była rywalizacja między Spartą a Atenami) ukazuje źródła konfliktu, który wywarł decydujący wpływ na militarną i polityczną historię świata greckiego w V wieku p.n.e. Na przełomie 508 i 507 roku p.n.e. spartański król Kleomenes przybył wraz z armią do Attyki, aby interweniować na rzecz Isagorasa w jego walce o władzę z Klejstenesem. Wyprawa skończyła się upokarzającą porażką, a siły interwencyjne wygnane przez mieszkańców Aten musiały wycofać się z Attyki. Od tego momentu Sparta uważała Ateny za swojego wroga, a wygnanie kilkuset rodzin ateńskich przyczyniło się do wzajemnej wrogości. 
W tym czasie królestwo perskie rozpoczęło w Anatolii gwałtowną ekspansję w kierunku zachodnim, co doprowadziło do narzucenia zwierzchności greckim poleis leżącym na wybrzeżu egejskim. 
Ateńczycy, obawiając się interwencji Sparty i szukając sprzymierzeńców, wysłali w roku 507 p.n.e. posłów z misją zawarcia obronnego sojuszu z królem Persji, Dariuszem I. Spotkanie miało miejsce w Sardes, stolicy perskiej satrapii i najważniejszym ośrodku administracyjnym zachodniej Anatolii. Znamiennym jest fakt, że kiedy przedstawiciel króla wysłuchał ich prośby o sojusz zapytał ich "co są za jedni i z jakiej ziemi przychodzą szukać przymierza z Persami" (Herodot, Dzieje). Tak mało znaczące było królestwo, z którego przybyli posłowie, że nawet dobrze nie znano jego położenia, wielkości i ludzi którzy je zamieszkiwali.
Ateńscy posłowie przyjęli zwykłe warunki, jakie Persowie stawiali w zamian za przymierze, i ofiarowali "ziemię i wodę" przedstawicielowi króla. Oznaczało to, że Ateny uznają zwierzchność perskiego monarchy. Posłowie przyjęli proponowany układ. 
Członkowie ateńskiego zgromadzenia, nigdy otwarcie i formalnie nie wypowiedzieli przymierza. Ale też chyba niewłaściwie zinterpretowano słowa o „ziemi i wodzie”. W następstwie tego Ateny ciągle uważały się za całkowicie niezależnego, równoprawnego sojusznika i nie związanego żadnymi zobowiązaniami wobec perskiego władcy, ten zaś uważał, że we wzajemnych stosunkach obu państw nie zaszły jakiekolwiek zmiany. W jego przekonaniu Ateny nadal pozostawały w podległym sojuszu i nadal winne były okazywać mu wierność, lojalność oraz szacunek. 
Tak zwane wojny perskie rozpoczęły się wybuchem powstania w greckich poleis w Jonii, które utraciły swą niezależność za panowania lidyjskiego króla Krezusa. 
W roku 499 p.n.e. lokalne walki pomiędzy jońskimi Grekami doprowadziły do buntu przeciw tyranom, których u władzy postawili Persowie. Jońscy powstańcy wysłali posłów do państw greckich, chcąc zapewnić sobie ich pomoc przy zrzucaniu perskiego jarzma. W walce tej zwycięstwo Greków wydawało się całkowicie niemożliwe.
Równie nieprawdopodobna, wydawała się koalicja zawiązana przez państwa greckie. 
Animozje dały znać o sobie. Spartański król Kleomenes wykluczył jakąkolwiek możliwość udzielenia pomocy. Natomiast członkowie ateńskiego zgromadzenia zachowali się odmiennie i głosowali za przyłączeniem się do Eretrii (jedna z poleis na Eubei, wyspie sąsiadującej z Attyką) i wysłaniem zbrojnej pomocy dla jońskich powstańców. 
Tymczasem siły powstańców dotarły aż do Sardes, dawnej stolicy Krezusa, obecnie siedziby perskiego satrapy. Miasto doszczętnie złupiono i spalono. Ateńczycy i Eretryjczycy powrócili już do domów, kiedy perskie przeciwnatarcie spowodowało rozbicie jońskich powstańców. Kolejne kampanie prowadzone przez perskich wodzów doprowadziły do ostatecznego stłumienia rewolty w 494 roku p.n.e. 
Kiedy do uszu Dariusza dotarła wiadomość, że Ateńczycy wsparli jońskich powstańców wpadł we wściekłość. Nie dość, że ośmielili się zaatakować jego królestwo, to jeszcze złamali wiernopoddańczą przysięgę. Nie jest przy tym istotne, jak mało znaczyli w jego oczach Grecy. Dariusz powziął postanowienie ukarania nielojalnych sprzymierzeńców, co w jego mniemaniu miało być raczej aktem sprawiedliwości, a nie elementem wielkiej strategii. Grecy powiadali później, że Dariusz, aby w natłoku wielu innych spraw nie zapomnieć o swoim postanowieniu, kazał jednemu z niewolników powtarzać po trzykroć przy każdym posiłku: "Panie, pamiętaj o Ateńczykach!" (Herodot, Dzieje). 
Wreszcie w roku 490 p.n.e. Dariusz, chcąc ukarać wiarołomnych sojuszników wysłał do Grecji swoje okręty. Siły perskie spaliły Eretrię i wylądowały w północno-wschodniej części Attyki, niedaleko osady o nazwie Maraton. Persowie wiedli ze sobą starego Hippiasza, wygnanego syna Pizystrata, zamierzając uczynić go tyranem, który będzie władał Atenami pod ich kontrolą. 
"Dostawszy w swe ręce Eretrię i zabawiwszy tu kilka dni, popłynęli do ziemi Attyckiej, bardzo się spiesząc i sądząc, że to samo zrobią z Ateńczykami, co zrobili z Eretryjczykami. Ponieważ zaś Maraton był najodpowiedniejszym w Attyce miejscem dla rozwinięcia ruchów jazdy i leżał najbliżej Eretrii, więc tam ich poprowadził Hippiasz, syn Pizystrata. Na tę wiadomość również Ateńczycy wyruszyli do Maratonu Na ich czele stało dziesięciu wodzów; z tych dziesiątym był Miltiades (...)" (Herodot, Dzieje, VI 102-103). 
Nim jednak tak się stało, nim doszło do lądowania Persów pod Maratonem Ateńczycy wysłali gońca po pomoc do jeszcze niedawno skłóconej i rywalizującej z nimi polis – do Sparty. Nadciągające niebezpieczeństwo przewyższało liczebnie obywatelską armię ateńskich hoplitów i kazało zapomnieć o waśniach i urazach. 

Sławę zyskał ateński poseł wysłany do Sparty, ponieważ dzielącą te dwa miasta odległość ok. 230 kilometrów pokonał w niespełna dwa dni. Znamy jego nieśmiertelne imię – Filippides. Pobiegł do Sparty i zaraz po uzyskaniu odpowiedzi pobiegł z powrotem. Nie zastał jednak już wojsk ateńskich, które zdążyły ruszyć pod Maraton. Podążył zatem za nimi. Przyniósł wiadomość, że Spartiaci dołączą do Ateńczyków zaraz po zakończeniu obrzędów religijnych. Jednak w momencie, gdy toczyła się bitwa pod Maratonem, jedynym oddziałem, który zdążył przybyć z pomocą, był kontyngent hoplitów z Platejów, małej polis leżącej w Beocji, tuż przy północnej granicy Attyki.  
Zwycięstwo perskie wydawało się sprawą przesądzoną. Przede wszystkim siły perskie były znacznie liczniejsze niż wojska ateńskie i towarzyszący im kontyngent platejski. Ateńscy dowódcy - kolegium dziesięciu strategów, wybieranych corocznie najwyższych urzędników cywilnych i wojskowych, w którym dominującą rolę odgrywał Miltiades (około 550-489 p.n.e.) opowiadało się za jak najszybszym podjęciem działań, ponieważ obawiało się, że sympatycy oligarchii w mieście podejmą próbę zawarcia zdradzieckiego układu z Persami. Kolegium, postanowiło podjąć atak na całej szerokości frontu, osłabiając centrum i przesuwając większe siły na skrzydła. Aby skrócić czas, przez jaki żołnierze będą narażeni na ostrzał perskich łuczników, strategowie polecili hoplitom przebycie ostatniego odcinka przestrzeni, dzielącej ich od nieprzyjaciela, szybkim biegiem.      


Miltiades uformował falangę: 4 szeregi w środku, 8 na skrzydłach, szerokości 1,5 km Kiedy wreszcie doszło do walki wręcz, greccy piechurzy zyskali przewagę dzięki lepszym pancerzom i dłuższej broni zaczepnej. Zgodnie z przewidywaniami greckiego dowódcy najcięższe walki toczyły się w centrum, zaś na lewym i prawym boku górą byli Ateńczycy. Nie podejmując pościgu za uciekającymi ściągnęli skrzydła i uderzyli na Persów walczących w środku, aby zgnieść perskie wojsko atakiem z obu flank. Następnie zepchnięto Persów na pobliskie bagna, gdzie wybito jednego po drugim tych, którym nie udało się przedostać na stojące w pobliżu okręty.
Bitwa zakończyła się pospiesznym odwrotem wojsk perskich do statków i walką na brzegu. Ateńczycy zdobyli 7 okrętów, reszta odpłynęła. Według tradycji zginęło 6400 Persów i tylko 192 Hellenów.
Zakończyła się bitwa pod Maratonem, ale nie skończyła się wojna. 

Natychmiast po zakończeniu bitwy Miltiades wezwał jednego z hemerodromów (słowo "hemerodromos" oznacza "biegnący cały dzień" i określa zawodowego posłańca) do przekazania wiadomości o zwycięstwie oraz poderwał armię do marszu do Aten, gdyż obawiał się o losy miasta pozbawionego ochrony. Była to słuszna decyzja, gdyż Persowie popłynęli statkami z miejsca ich porażki pod Maratonem wokół przylądka Sounion z zamiarem wylądowania w ateńskim porcie Phaleron i zawładnięcia miastem. 
Legenda przekazała nieśmiertelne imię posłańca, choć antyczni autorzy nie są co do tego zgodni. Wiadomo jak nazywał się posłaniec, który biegł do Sparty (i to właśnie był Filippides). Natomiast nieznane jest imię gońca wysłanego spod Maratonu do Aten. 
Plutarch podaje, że był to Tersyppos z Erchii lub Eukles. Lucjan (II wiek n.e.) podaje, że znany już Tobie Filippides. Legenda chce w nim znać Filippidesa, żołnierza w pancerzu, z tarczą i zakrwawionym mieczem, wykrzykującym radosne słowa zwycięstwa i konającego na oczach obywateli. 
Zaraz po bitwie zmęczeni hoplici tworzący ateńską armię przemierzyła pośpiesznym wpół-marszem, wpół-biegiem przemierzyli odległość około czterdziestu kilometrów dzielącą Maraton od Aten, aby ustrzec miasto przed atakiem perskiej floty. 
Wyobraź sobie obywatela, który niezależnie od pobudek wpływających na jego postawę, został wysłany z Aten na maratońską równinę, który nie spał w nocy i myślał o swoim życiu, żegnał się z braćmi i zastanawiał co przyniesie poranek, który stłoczony w szeregi falangi stał i czekał dręczony wątpliwościami na mający nadejść rozkaz, który cały dzień dźwigał tarczę i miecz i nawet używał ich w walce, który potem, jeśli przeżył, zbrukany krwią, moczem i kałem pragnął nasycić się łupami i odpocząć lub tylko usiąść na pobojowisku i odpocząć, i który nagle został poderwany rozkazem do pośpiesznego powrotu do Aten. 
Wyobraź sobie. 
To właśnie dzisiejsze biegi maratońskie powinny upamiętniać tamten słynny marsz hoplitów z 490 roku p.n.e., a nie tragiczną postać samotnego gońca.
To właśnie dzisiejsze biegi maratońskie powinny stanowić hołd oddany tamtym bezimiennym bohaterom broniących swoich domostw.
To właśni z nimi możesz się utożsamiać.
Gdy okręty perskie pojawiły się w Zatoce Sardońskiej okazało się, że hoplici greccy są już na miejscu. W związku z tym Datis wydał rozkaz odpłynięcia. I oto Persowie, przed którymi wszyscy drżeli, uważając ich za niezwyciężonych, wycofali się z pola walki. Przez całe następne dziesięciolecia dla ateńskiego obywatela największym powodem do chwały było to, że mógł powiedzieć, że walczył pod Maratonem, i że bez wahania stanął naprzeciw budzącego grozę wroga, mimo że Spartanie (ach te odwieczne waśnie) nie zdążyli na czas nadejść z pomocą. 

Bitwa pod Maratonem
490 p.n.e.

Symboliczna waga bitwy pod Maratonem dalece przewyższyła jej znaczenie militarne. Drobne niepowodzenie całej wyprawy przypominającej karną ekspedycję, mimo że zakończone sukcesem ustanawiającym perskie panowanie nad wyspami greckimi, rozwścieczyło Dariusza nie dlatego, że zagroziło w jakikolwiek sposób bezpieczeństwu królestwa, ale dlatego, że naraziło na szwank jego prestiż i królewskie imię. 
Za dziesięć lat jego syn Kserkses z największą armią ówczesnego świata („flota jego składała się z 1200 okrętów wojennych, którym towarzyszyło 2000 okrętów transportowych; wojsko lądowe liczyło 700 000 piechoty i 400 000 konnicy” – Korneliusz Nepos „Żywoty wybitnych mężów”) wyruszy ukarać Greków, ale to już całkiem inna historia. 


Post scriptum.
Skąd się wziął bieg maratoński już wiesz. 
Ale jak możesz przypuszczać mit posłańca też znalazł swoje odbicie we współczesnym świecie biegów, to słynny ultramaraton: Spartathlon (~246 km) z Aten do Sparty.
Możesz nie wiedzieć, ale pewnie podejrzewasz, że skoro Filippides pobiegł do Sparty i z powrotem, to… Tak! Tak właśnie jest! Jest bieg z Aten do Sparty i znowu do Aten. 
Szukaj:
Authentic Phidippides Run Athens-Sparta-Athens 490 km
A sukcesy Polaków mogą Cię zadziwić.
***
O biegu z Aten do Sparty, z powrotem do Aten, dalej pod Maraton i na koniec znowu do Aten - jeszcze nie słyszałem, ale… może już u mnie słuch przytępiony…

czwartek, 24 sierpnia 2017

Projekt IM 2010 - historia


10 lat temu, 28 sierpnia 2007, opublikowałem 
pierwszy wpis na blogu "im226" powołując do życia triathlonowy Projekt IM 2010.

Przypomnę:




Projekt IM 2010 jest projektem, którego głównym zadaniem jest doprowadzenie pasjonatów tego rodzaju wysiłku, niezależnie od stanu wytrenowania i posiadanego sprzętu, do ukończenia triatlonu na długim dystansie (3,8 km pływania; 180 km jazdy na rowerze, 42,2 km biegu).





Do tego momentu triathlon był nieznaną egzotyką.
Od tej daty rozpoczął triumfalną karierę w Polsce.


10 lat temu na opowieść o zostaniu Ironmanem słyszałem:

„Ironman? Będziesz dźwigać ciężary jak Pudzianowski? Nie wyglądasz na strongmana”.
Ripostowałem, że chodzi o triathlon;
„A pozwolenie na broń masz? No i śniegu coś mało tej zimy”.
Odpowiadali ci, którzy mylili dyscyplinę z biathlonem.


Trzeba było mozolnie wykuwać powszechne rozpoznawanie triathlonu, Ironmana i wykorzenianie skojarzeń z innymi dyscyplinami.

Dzisiaj, po 10 latach, wydaje się to niewiarygodne, ale tak wtedy było.

Poza brakiem wiedzy i zrozumienia był też dojmujący brak sprzętu. Nie było sklepów dla triathlonistów, organizacja zawodów triathlonowych była dla wąskiego kręgu sportowców kwalifikowanych, a ówcześnie działający Polski Związek Triathlonu był wspaniale zakamuflowaną organizacją.

I wtedy pojawiliśmy się my - szaleńcy, którzy porwali się z „motyką na słońce”.

Nie mieliśmy super kolarek, szosówek, a o maszynach czasowych nikt nie słyszał. Słabo pływaliśmy, ale nieźle biegaliśmy. Połączenie trzech konkurencji wydawało nam się niemożliwym do uczynienia.

Zwabieni chęcią zostania Ironmanem, takim sportowcem-amatorem, który dokonuje niemożliwego postanowiliśmy podjąć wyzwanie.

Na szczęście pojawili się też organizatorzy zawodów, którzy doskonale wpasowali się w nasze zapotrzebowanie na triathlonowy start.

I udało nam się!
Udało!

Przeżyliśmy piękne chwile dostępne tylko pionierom ruchu.

Wytyczyliśmy nowe ścieżki, które stały się standardami i zawiązaliśmy przyjaźnie na całe życie.

Czytasz to i albo jesteś ze „starej gwardii” i wiesz, że tak było, albo jesteś „świeżakiem” i kręcisz z niedowierzaniem głową.

Ten Zeszyt opowiada historię tamtych lat, historię Projektu IM 2010, przygotowania i budzenie świadomości triathlonu wśród mas sportowców.

Dzisiaj, gdy każde miasto ma swój klub triathlonowy, każde swojego Ironmana, gdy kolejne fale zawodników sprawdzają się w triathlonie na różnorakich dystansach, wiedz, że zawdzięczają to tej garstce fascynatów, którzy, tak jak ja, zapragnęli zostać kimś nietuzinkowym.

I udało nam się!
Udało!

Nie sposób wymienić wszystkich z nazwiska, nie sposób opisać wszystkie przygody, ale można przekazać cząstkę wspomnień, bo pamięć o naszych dokonaniach nie powinna wygasnąć.

Zapraszam do jubileuszowego Zeszytu nr 10.





Pobierz zeszyt nr 10: „IM 2010 - historia”:
https://www.dropbox.com/s/28jcga4epaegwlw/IM%202010%20historia.pdf?dl=0

Format pdf
Wielkość 5,3 MB

Jeśli współtworzyłeś Projekt IM 2010, a później Stowarzyszenie IM 2010 i uważasz, że pominąłem coś istotnego, chcesz by coś dopisać do Zeszytu - daj znać. Nasza historia powinna być jak najpełniejsza.

***

A ja sobie tak myślę, czy w 10-lecie nie powołać do życia Projektu IM 2020?

I czy tak jak wtedy nie skrzyknąć już całkiem innych ludzi i w innych warunkach, z innymi możliwościami nie ruszyć znowu w podróż ku tytułowi Ironmana?

A może pozostawić to już kolejnemu pokoleniu, tak jak książkę-podręcznik „Triathlon dla każdego” i Zeszyty, i całą wiedzę dostępną na niniejszym blogu „im226”?

Czas pokaże.



***


ARCHIWUM ZESZYTÓW:

Zeszyt nr 1: "Jak wybrać trenera"
http://im226.blogspot.com/2016/05/jak-wybrac-trenera.html
Format pdf
Wielkość 1,1 MB

Zeszyt nr 2: „Podstawy treningu”
http://im226.blogspot.com/2016/07/podstawy-treningu.html
Format pdf
Wielkość 1,0 MB

Zeszyt nr 3: „Diagnoza i prognoza”
http://im226.blogspot.com/2016/08/diagnoza-i-prognoza.html
Format pdf
Wielkość 1,2 MB

Zeszyt nr 4: „Wyznaczanie zakresów”
http://im226.blogspot.com/2016/09/wyznaczanie-zakresow.html
Format pdf
Wielkość 1,2 MB

Zeszyt nr 5: „Planowanie - praktyczne wskazówki”
http://im226.blogspot.com/2016/10/planowanie-praktyczne-wskazowki.html
Format pdf
Wielkość 1,3 MB

Zeszyt nr 6: „Plany triathlonowe”
http://im226.blogspot.com/2016/11/plany-treningowe-plany-triathlonowe_15.html
Format pdf
Wielkość 1,6 MB

Zeszyt nr 7: „Trening żywieniowy”
http://im226.blogspot.com/2017/02/odzywianie-w-sporcie.html
Format pdf
Wielkość 2,2 MB

Zeszyt nr 8: „Bieganie”
http://im226.blogspot.com/2017/03/bieganie-maraton-i-nie-tylko.html
Format pdf
Wielkość 2,2 MB

Zeszyt nr 9: „Rower i jazda na nim”
http://im226.blogspot.com/2017/07/rower-podstawy.html
Format pdf
Wielkość 2 MB

Zeszyt nr 10: „IM2010 - historia”
http://im226.blogspot.com/2017/08/projekt-im-2010-historia.html
Format pdf
Wielkość 5,3 MB

Zeszyt nr 11: „Pływanie”
http://im226.blogspot.com/2017/09/pywanie.html
Format pdf
Wielkość 3,9 MB 

Zeszyt nr 12: „Triathlon suplement”
http://im226.blogspot.com/2017/10/triathlon-suplement.html
Format pdf
Wielkość 1,6 MB

Zeszyt nr 13: „Triathlon ciekawostki”
https://im226.blogspot.com/2017/11/triathlon-trening-wynik.html
Format pdf
Wielkość 1,6 MB

***

Przypomnę, że z okazji nadchodzącego jubileuszu postanowiłem pewne tematy pogrupować i opracować, a na dodatek nadać im formę zeszytów w formacie pdf, które będzie można pobrać całkowicie za darmo (bez rejestracji, bez opłat i jakichkolwiek ukrytych form płatności, czy oddania swoich danych).



Wiesz, że lubię takie akcje. Zobacz np. pierwszy w Polsce całkowicie darmowy ebook poświęcony triathlonowi skierowany do debiutantów: "Pytania o Triathlon".


Zakładam, że każdy zeszyt będzie z czasem poprawiany i uzupełniany
(tak jak to się stało już z zeszytem nr 3, a nawet zeszytem nr 5),
więc adnotację o kolejnej wersji znajdziesz w stopce samego zeszytu którą poprzedzi zapowiedź w mediach społecznościowych o zmianie.

Całość obejmie trzynaści zeszytów, a kolekcjonując je uzyskasz całkiem spory tom wiedzy potrzebnej w amatorskim treningu sportowym.

***


Życzę przyjemnej lektury i już zapraszam do zeszytu nr 11.


***


Na koniec jeszcze jedna uwaga Dropbox, na którym "leży" wskazany plik czasami przy wzmożonym pobieraniu blokuje czasowo dostęp. Nie przejmuj się więc tym, że link chwilowo nie będzie działał i spróbuj pobrać plik za kilka dni ponownie.


wtorek, 6 czerwca 2017

Championship 2017 Challenge Samorin Slovakia


Ranga Mistrzostw Świata zobowiązuje!
Grupa Challenge (będę też używał zwrotu „federacja”) stanęła na wysokości zadania i mu sprostała.

Wiem, że w świecie triathlonu znaczek „eM-dot” ma wartość bezcenną i że Kona jest substytutem wszystkiego czego chce każdy triathleta dokonać, ale „Rodzina” Challenge robi bardzo dużo by sprostać wysoko zawieszonej poprzeczce.



Ściąga mistrzów i sławy tej dyscypliny, którzy przyciągają wiernych fanów i kibiców, i naśladowców. 
Dba o amtorów.
Podporządkowuje się magii miejsca i randze zawodów.
Start w imprezie rangi mistrzowskiej, to dla amatora znalezienie się w triathlonowym niebie.



Ogrom przygotowań przytłaczał.
Zaryzykuję twierdzenie, że w sumie rozwinięto może nawet i kilka kilometrów czerwonego chodnika, nierówności długiego dobiegu z pływania do T1 miejscami były wyłożone podwójną (sic!) sztuczną trawą i na to był położony czerwony chodnik.



Strome zbocze zostało zastąpione pochylnią (fakt: mogłaby być jeszcze bardziej połoga).
Wytaśmowanie, wyznakowanie, etc. przygotowane perfekcyjnie, choć prowadzący na rowerze nie uniknął błędu na pierwszym ostrym zakręcie.

Skoro już jesteśmy przy jeździe rowerowej - niestety, nawierzchnia była momentami słaba. Na tyle słaba, że eliminowała z jazdy uczestników.  Pro wycofywali się, amatorzy prowadzili rower nawet kilkanaście kilometrów.



Już starty falowe do pływania odbywały się w upale, więc bieganie na całkowicie wystawionej na słońce trasie mogło nie należeć do najprzyjemniejszych.
Organizator co prawda nie przesunął godziny starty (a szkoda), ale za to szybko podjął decyzję i utworzył dodatkowe punkty z wodą na trasie oraz dopuścił pomoc z zewnątrz (podanie wody) o ile nie będzie się przeszkadzało zawodnikom i wchodziło na trasę. 



Musze przyznać, że tym mnie ujęli, tak właśnie wygląda życiowe i serdecznie ludzkie podejście do uczestników przy niesprzyjających warunkach atmosferycznych.
Niesprzyjających amatorom, bo profi gnali jak szaleni.



Lionel Sanders ukończył zawody z czasem 3:40:04 i pewnie miałby o wiele lepszy czas, gdyby nie to, że ostatnie metry przeznaczył na „przybijanie piątek” kibicom (tak, ja też na tym skorzystałem).
Sebastian Kienle, wiecznie drugi, dzielnie walczył przez połowę trasy biegowej, aż nie odparł ataku Sandersa i z nieco ponad 1 minutą starty dobiegł na drugim miejscu do mety (tak, też „przybiliśmy piątkę”).



Wielka gwiazda tej imprezy Alistair Brownlee, po dość wczesnym objęciu prowadzenia podczas jazdy rowerowej utrzymywał pierwsze miejsce do biegania i biegł ok. 200 m przed Sandersem i Kienle i nagle, na przestrzeni 500 metrów losy mistrzowskiego tytułu się odwróciły. Alistair utracił prowadzenie, zwolnił i wkrótce się wycofał. 

Dramatyczniejsze zmagania prowadziły panie. W którymś momencie myślałem, że z mistrzowskimi tytułami będzie kanadyjski dublet, ale tak się nie stało. Wygrała Lucy Charles (świetne pływanie; przeciętny rower i odrabianie straty podczas biegu, by z szóstego miejsca przesunąć się aż na pierwsze)  przed Annabel Luxford i Heather Wurtele.


W mistrzostwach wzięła udział liczna grupa Polaków, wielu z medalowymi sukcesami i tytułami mistrzowskimi.

Wyniki:


To była wspaniała impreza. Świetne mistrzostwa i bardzo się cieszę, że mogłem w nich uczestniczyć jako obserwator, kibic i trener. 
Uczestnicy dostarczyli mi wielu sportowych emocji, a ludzie których znam, sportowcy-amatorzy, wielu wzruszeń, gdy podziwiałem ich nieustępliwą walkę.



Tak wyglądać powinny mistrzostwa, takie były i zasłużyły na miano epickich.

Czy były niedociągnięcia, wpadki, potknięcia i niedociągnięcia?
Były.
Ale zakładam, że organizartor zdaje sobie z nich sprawę i w przyszłości poprawi je.



A my oddani triathlonowi będziemy trenować jak konie (nawiązanie do ośrodka gdzie odbywały się zawody, kto nie rozumie niech poprosi uczestnika o wyjaśnienie) i następnym razem będziemy lepsi od naszych rywali.



***

Zdjęcia seria pierwsza:

Zdjęcia seria druga:





podobało się, skorzystałeś? postaw kawę autorowi