4 lata temu pisałem o czymś innym niż trening sportowy, o czymś co może być dobrym przygotowaniem do rowerowych wyścigów długodystansowych, czyli o swoim bikepackingu, z Wrocławia nad morze i z powrotem.
Oprócz krótkiego opisu przygody i 1000 km trasy więcej tam miejsca poświęcam sprzętowi niż wytrzymałościowym przygotowaniom.
Za to poniżej przeczytasz o podnoszeniu objętości w kontekście wyścigów długodystansowych. Oparłem to na własnym przykładzie.
Jeśli nie jesteś Ironmanem przyzwyczajonym do długotrwałych jednostek treningowych, do pokonywania odległości w okolicach 180 km podczas zawodów i to między pływaniem, a bieganiem, a więc i do treningów rowerowych powyżej 100 km, to najpierw osiągnij taką objętość.
100 km na rowerze to taki pierwszy „kamień milowy” do osiągnięcia.
100 km na rowerze po raz pierwszy jest przełomowym osiągnięciem, potem już wystarczy systematycznie przejeżdżać taką odległość.
I stopniowo podnosić objętość.
Dlaczego 100 km? Po pierwsze, to taka ładna, okrągła liczba i robiąca wrażenie. Po drugie czas jazdy około 3 godzin lub ponad 5 pozwala poczuć wszystkie niedogodności i niedopasowania pozycji, a więc daje możliwość poprawienia jej.
Można taką jazdę realizować jako jazdę, jak to mówią: wokół komina, co jest najczęstszym sposobem na wyjeżdżenia. Można wykorzystać warunki atmosferyczne, przede wszystkim wiatr w plecy!
Tu taki przykład 140 km:
https://www.strava.com/activities/11285472406

Jak można się domyślić wiało z południa.
Można też taką jazdę realizować jako jazdę „tam” + nocleg i „powrót” następnego dnia lub kolejnego.
Tu przykład wyjazdu na DFBG do Lądka Zdroju (116 km):
https://www.strava.com/activities/11933087016
i powrót (też 116 km, choć inną trasą):
Aż w końcu, tak jak i u mnie, przyjdzie osiągnięcie kolejnego „kamienia milowego”, czyli 200 km.
Postanowiłem przejechać to na znanej sobie trasie (znanej odcinkowo) i przy okazji realizując swój stary pomysł i wypełniając po drodze kilka założeń:
1. wokół Wrocławia (miasto w którym mieszkam) z przejazdem przez prawie wszystkie satelickie miasteczka [Oborniki Śląskie, Trzebnica, Oleśnica, Jelcz-Laskowice, Oława, Sobótka, Środa śląska, Brzeg Dolny];
2. kształt miał być jak najbardziej zbliżony do koła z Wrocławiem w środku;
3. Minimum 200 km, by miało posmak brevetu.


I tutaj chciałbym zwrócić uwagę na kilka aspektów, które mogą się przydać.
Różnica między 200 a 300 jest znaczna, ale nie wymaga już dodatkowych przygotowań. Przejeżdżasz 200, to i 300 przejedziesz!
Rolę wiodącą odgrywa wygoda pozycji, odpowiednia intensywność i właściwe odżywianie i nawadnianie.
Czym jest odpowiednia intensywność? To jest taka prędkość jazdy, która daje poczucie nieprzerwanej jazdy przez cały dzień, bez sapania, pocenia się, ścigania - po prostu jedziesz. Właściwe odżywianie też jest takie: je się i pije takimi porcjami i z taką częstotliwością, by nie doprowadzić do załamania.
Co po 300 km?
400 km!
Tę odległość postanowiłem przejechać jadąc nad morze, przy okazji realizując kilka założeń i planując kilka osobistych rekordów.
Ze względu na wiek (ech, niestety lata lecą) nie jeżdżę już tak szybko jakbym chciał. Na dodatek obciążony rower nie sprzyja rozwijaniu prędkości, które są podstawą podczas zawodów.
Moją ustaloną jest ok. 20 km/h (czyli mogę jechać i jechać) i tak sobie przeliczyłem prawdopodobny czas jazdy netto. To łatwe: odcinek 400 km podzielone przez prędkość daje czas jazdy 20 godzin. Do tego dochodzą przerwy na jedzenie (nie lubię jeść podczas jazdy), odpoczynek, przebieranie się, a więc doba - 24 godziny - powinny wystarczyć.
Odpowiedni odcinek znalazłem na mapie: Wrocław - Kołobrzeg. W zupełności wypełniał przyjęte założenia, nawet z nawiązką.

No i proszę… można? Można!
Skoro mi się udało, to i jest to w zasięgu każdego. Wystarczy się tylko odpowiednio przygotować.
***
Kilka uwag na koniec:
Siodełko, spodenki oraz krem/maść, to najważniejsze dopasowanie. Po to są jazdy z mniejszym przebiegiem niż doba na siodełku; właśnie te 100 i 200 km.
Może się zdarzyć, że dopiero po wielu godzinach poczujesz ból nadgarstków, szyi… cóż, przerwa i gimnastyka pomaga, choć nie na zawsze na długo.
Naucz się jeździć wolniej, jednostajnie i zapobiegać zapaściom spowodowanych brakiem sił, czyli zwracaj uwagę na systematyczne jedzenie i picie. Zlekceważysz na początku, bo jedzie się lekko i przyjemnie, a potem nie dojedziesz w zaplanowanym czasie.
To co? Widzimy się w 2025 na trasie?
***
Wszystkie szczegółowe dane i zdjęcia znajdziesz na moim profilu:



