Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bikepacking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bikepacking. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2024

100 km, 200 km , 300 km i jeszcze więcej na rowerze

A do tego solo i na raz.
I jakby tego było mało to w jednym sezonie.

4 lata temu pisałem o czymś innym niż trening sportowy, o czymś co może być dobrym przygotowaniem do rowerowych wyścigów długodystansowych, czyli o swoim bikepackingu, z Wrocławia nad morze i z powrotem.

Oprócz krótkiego opisu przygody i 1000 km trasy więcej tam miejsca poświęcam sprzętowi niż wytrzymałościowym przygotowaniom.

Za to poniżej przeczytasz o podnoszeniu objętości w kontekście wyścigów długodystansowych. Oparłem to na własnym przykładzie.



Jeśli nie jesteś Ironmanem przyzwyczajonym do długotrwałych jednostek treningowych, do pokonywania odległości w okolicach 180 km podczas zawodów i to między pływaniem, a bieganiem, a więc i do treningów rowerowych powyżej 100 km, to najpierw osiągnij taką objętość.

Tu taka "próba generalna" poprzedzająca z 88 kilometrami.
https://www.strava.com/activities/11126975435

100 km na rowerze to taki pierwszy „kamień milowy” do osiągnięcia.

100 km na rowerze po raz pierwszy jest przełomowym osiągnięciem, potem już wystarczy systematycznie przejeżdżać taką odległość.
I stopniowo podnosić objętość.

Dlaczego 100 km? Po pierwsze, to taka ładna, okrągła liczba i robiąca wrażenie. Po drugie czas jazdy około 3 godzin lub ponad 5 pozwala poczuć wszystkie niedogodności i niedopasowania pozycji, a więc daje możliwość poprawienia jej.

Można taką jazdę realizować jako jazdę, jak to mówią: wokół komina, co jest najczęstszym sposobem na wyjeżdżenia. Można wykorzystać warunki atmosferyczne, przede wszystkim wiatr w plecy! 

Tu taki przykład 140 km:
https://www.strava.com/activities/11285472406


Jak można się domyślić wiało z południa.

Można też taką jazdę realizować jako jazdę „tam” + nocleg i „powrót” następnego dnia lub kolejnego.

Tu przykład wyjazdu na DFBG do Lądka Zdroju (116 km):
https://www.strava.com/activities/11933087016

i powrót (też 116 km, choć inną trasą):
https://www.strava.com/activities/11949498066

Aż w końcu, tak jak i u mnie, przyjdzie osiągnięcie kolejnego „kamienia milowego”, czyli 200 km.

Postanowiłem przejechać to na znanej sobie trasie (znanej odcinkowo) i przy okazji realizując swój stary pomysł i wypełniając po drodze kilka założeń:

1. wokół Wrocławia (miasto w którym mieszkam) z przejazdem przez prawie wszystkie satelickie miasteczka [Oborniki Śląskie, Trzebnica, Oleśnica, Jelcz-Laskowice, Oława, Sobótka, Środa śląska, Brzeg Dolny];

2. kształt miał być jak najbardziej zbliżony do koła z Wrocławiem w środku;

3. Minimum 200 km, by miało posmak brevetu.



Gdy już 200 km było za mną, to trzeba było wyznaczyć kolejny cel. Jak łatwo się domyślić było to 300 km.



I tutaj chciałbym zwrócić uwagę na kilka aspektów, które mogą się przydać.

Różnica między 200 a 300 jest znaczna, ale nie wymaga już dodatkowych przygotowań. Przejeżdżasz 200, to i 300 przejedziesz!

Rolę wiodącą odgrywa wygoda pozycji, odpowiednia intensywność i właściwe odżywianie i nawadnianie.

Czym jest odpowiednia intensywność? To jest taka prędkość jazdy, która daje poczucie nieprzerwanej jazdy przez cały dzień, bez sapania, pocenia się, ścigania - po prostu jedziesz. Właściwe odżywianie też jest takie: je się i pije takimi porcjami i z taką częstotliwością, by nie doprowadzić do załamania.
Są to tak mocno zindywidualizowane sprawy, że właśnie po to są jazdy na krótszych odcinkach by wiedzieć czym jest odpowiednia intensywność i właściwe odżywianie i nawadnianie.

No dobrze było 100, było 200, było 300 km.

Co po 300 km?

400 km!

Tę odległość postanowiłem przejechać jadąc nad morze, przy okazji realizując kilka założeń i planując kilka osobistych rekordów.

Ze względu na wiek (ech, niestety lata lecą) nie jeżdżę już tak szybko jakbym chciał. Na dodatek obciążony rower nie sprzyja rozwijaniu prędkości, które są podstawą podczas zawodów.

Moją ustaloną jest ok. 20 km/h (czyli mogę jechać i jechać) i tak sobie przeliczyłem prawdopodobny czas jazdy netto. To łatwe: odcinek 400 km podzielone przez prędkość daje czas jazdy 20 godzin. Do tego dochodzą przerwy na jedzenie (nie lubię jeść podczas jazdy), odpoczynek, przebieranie się, a więc doba - 24 godziny - powinny wystarczyć.

Odpowiedni odcinek znalazłem na mapie: Wrocław - Kołobrzeg. W zupełności wypełniał przyjęte założenia, nawet z nawiązką.
Wyjechałem ok. 20:00 i dojechałem przed 20:00 następnego dnia.



No i proszę… można? Można!

Skoro mi się udało, to i jest to w zasięgu każdego. Wystarczy się tylko odpowiednio przygotować.

***

Kilka uwag na koniec:

Przy tak długiej jeździe wariant noc-dzień może nie każdemu odpowiadać. Może lepszy byłby dzień-noc, albo nawet dzień południe lub popołudnie-noc-dzień. Nie wiem. To także mocno zależy od osobistych preferencji, a zwłaszcza odporności na brak snu i odwagę w samotnej jeździe przez ciemny las.
Ja wybrałem wariant noc-dzień, bo na początku jechałem po trasach, które znałem, choć zamiast położyć się spać usiadłem na rowerze (kolejne 12 godz. bez snu). 

Jazda w nocy i oświetlenie drogi. 
Warto spróbować pojechać choć 1 godzinę w nocy, poza miastem, poza oświetlonymi drogami, by wiedzieć z czym trzeba się zmierzyć i jakie oświetlenie jest potrzebne, a jest to priorytetowe nie tylko ze względu na innych użytkowników dróg, ale na własne bezpieczeństwo jazdy, kierowania i prowadzenia w śladzie roweru, bo asfalty są w wielu miejscach kiepskie: dziurawe i kalafiorowate; a w nocy nie wszystko się zobaczy.

Siodełko, spodenki oraz krem/maść, to najważniejsze dopasowanie. Po to są jazdy z mniejszym przebiegiem niż doba na siodełku; właśnie te 100 i 200 km.

Może się zdarzyć, że dopiero po wielu godzinach poczujesz ból nadgarstków, szyi… cóż, przerwa i gimnastyka pomaga, choć nie na zawsze na długo.

Naucz się jeździć wolniej, jednostajnie i zapobiegać zapaściom spowodowanych brakiem sił, czyli zwracaj uwagę na systematyczne jedzenie i picie. Zlekceważysz na początku, bo jedzie się lekko i przyjemnie, a potem nie dojedziesz w zaplanowanym czasie.

To co? Widzimy się w 2025 na trasie?

***

Wszystkie szczegółowe dane i zdjęcia znajdziesz na moim profilu:

środa, 30 września 2020

Bikepacking, z Wrocławia nad morze i z powrotem

Dzisiaj coś innego, coś poza sportem, ale już nie będącego turystyką i rekreacją (choć zawiera w sobie cząstki tych aktywności). Coś co wypełniło pustkę po zawieszeniu wielu aktywności i co może być przygotowaniem i dobrym wprowadzeniem do rowerowych wyścigów długodystansowych.

Wyprawa rowerowa, bo o niej napiszę jest czymś wymykającym się z jednoznacznych definicji, a zależne jest to od dystansu dziennego, dystansu całościowego, czasu pokonywania i sposobu noclegu. Bo czym innym jest wycieczka tygodniowa po 40 km dziennie z zapewnionymi noclegami i posiłkami. a czym innym nieustanny wyścig na dystansie np. 4000 km bez żadnego wsparcia. Ale dla obu tak odmiennych aktywności można znaleźć wspólny mianownik.

W takim razie opiszę coś pośredniego. Co już nie jest turystyczno-rekreacyjną wycieczką, ale jeszcze nie jest „transcontinentalem” [czym jest np. Transcontinental zobaczysz tu: https://www.transcontinental.cc ]. Wyprawę z Wrocławia nad morze; nasze, bałtyckie, i powrót.



Trasa przypominała „ósemkę”. Z Wrocławia wyjazd przez Trzebnicę, a dojazd nad morze przez Choszczno; powrót przez Połczyn Zdrój i wjazd do Wrocławia od strony Wołowa, Brzegu Dolnego.


Tak wyglądał profil trasy. 



Całość zajęła kilka dni i zamknęła się ponad 1000 km jazdy (ponad 67 godz.), średnio dziennie pokonywane było ok. 100 km, a średnia prędkość wyniosła nieco ponad 15 km/h. Przy okazji: są to dane z licznika rowerowego, czyli prowadzenie roweru też naliczało dystans i czas. 

Na profilu widać dystans 951 km, ale taki był plan i nie przedstawia rzeczywistej trasy, która nieco się różniła w swoim przebiegu (błądzenie, wybór innej drogi, dojazdy na noclegi, itp.) od tej zaplanowanej. 


O przygodach na trasie można by wiele pisać i pokazywać setki zdjęć, ale ja zamiast tego chciałem skupić się na tzw. technikaliach.

 

Po pierwsze rower. Jak widać były dwa różne rowery, bo jak wiadomo najlepszym rowerem na wyprawę jest rower własny. I już. Wszelkie odmiany (szosa, bmx, składak, gravel, etc.) mogą bardziej lub mniej ułatwiać podróż i przewożenie bagażu, choć może powinienem napisać utrudniać zamiast ułatwiać, ale na każdym da się odbyć wyprawę. I to tyle w tym temacie, bo liczą się chęci. 

Dalsze omówienie będzie dotyczyło roweru, na którym jechałem: Stevens Tabor. Gdy go kupowałem jakiś czas temu był najtańszym, który spełniał moje dwa warunki: miał schowane linki w ramie i miał hamulce tarczowe.



Najważniejsza potrzeba w XXI wieku przy licznych urządzeniach elektronicznych, to skąd wziąć prąd; skąd wziąć prąd na rowerze?


Moim rozwiązaniem było dynamo w przedniej piaście. Zdecydowałem się na Shutter Precision (link do strony: https://www.sp-dynamo.com/series8.html ). Mój model to PD-8, kupiony w dobrej cenie, bo są już modele z serii 9. Wybrałem tę firmę ze względu na parametry prądu ładowania, co wiąże się z prędkością toczenia. Prądnica służyła głównie do ładowania powerbanku. 

Decydując się na zakup dynama tej firmy sprawdź koniecznie do jakiego rodzaju hamulców ma być i na jaką ilość szprych w obręczy. 


Drugą rzeczą było zabezpieczenie urządzenia podczas ładowania, bo nie da się ładować i zasilać elektroniki bezpośrednio z dynama. Do tego służyło takie małe pudełeczko (na zdjęciu z pudełkiem zapałek, by pokazać, że naprawdę jest małe):  


PowerBug (link do strony: https://powerbug.pl ), bo o nim piszę zapewniał mi ładowanie powerbanku, a z niego ładowałem resztę urządzeń, głównie telefon, a także lampki. Można podpiąć telefon bezpośrednio, ale obawiając się jakichkolwiek przepięć (0,0001% szansy) wolałem raczej poświęcić powerbank, niż telefon. Jego pojemność 10000 mA wystarczyła bez żadnych problemów.

Telefon wykorzystywałem do sprawdzania pogody i z aplikacji pogodowych polecam Windy (link: https://www.windy.com/ ), norweski Yr (link: https://www.yr.no ) oraz nasz ICM (link: http://www.meteo.pl ) oraz do sprawdzania pozycji na trasie i planowania podróży na bieżąco (googlowe mapy oraz wbudowana aplikacja). Nie korzystałem z tych aplikacji do ciągłego monitorowania pozycji na trasie (klasyczna nawigacja), ani do zapisywania śladu, a i tak bateria ze 100% schodziła do kilku na koniec dnia.


A skoro o aplikacja mowa, to do wstępnego zaplanowania trasy wykorzystałem Ride with GPS (link: https://ridewithgps.com ). Nie przeniosłem trasy na telefon, by nie trzymać się niewolniczo kreski na mapie i mieć możliwość twórczej modyfikacji podróży, co okazało się trafną decyzją.


Tyle o prądzie, teraz o bagażach. Klasyczne sakwy na bagażnik odpadały z różnych względów. Skupiłem się na rozwiązaniach stricte bikepackingowych.  



Bagaż za i pod siodło, pod górną rurę, na górną rurę za mostek oraz na kierownicę.


Torba podsiodłowa (a może zasiodłowa?) Apidury [link: https://www.apidura.com ] została wybrana ze względu na renomę jaką cieszy się wśród bikepackerów, a ta została wypracowana przez jej niezawodność, oraz litraż. W momencie gdy ją kupowałem nie było większej dostępnej na rynku, a korzystam z wersji 17-litrowej.

Pozostałe torby to wyroby marki Topeak [link:https://www.topeak.com/global/en/ ], które uważam za bardzo dobrze zrobione, a niektóre rozwiązania za świetne, np. dodatkowa blokada na taśmie przy zatrzasku na taśmie. Przy okazji torebka na górną rurę za mostek, też była największą dostępną na rynku.


Spanie i gotowanie.

Dach nad głową zapewnił nam namiot Fjord Nansen Rekvik 3 [link: https://fjordnansen.pl/katalog/namiot-rekvik-iii-26-kg/ ]. Nie będą się rozwodził dlaczego taka konstrukcja, a nie inna. Tak chciałem i już. Za to za rzecz najważniejszą uważam, że w środku było miejsce nie tylko dla dwóch osób (mam 182 cm i wyciągnięty do spania nie dotykam ścianek), ale też i dla wszystkich (sic!) bagaży. 

Namiot przetrwał obfite poranne rosy, a nawet przymrozek, zawsze był mokry pakowany o świcie i suszony około południa i sechł szybko. Wieczorami wygodnie dzięki temu się rozkładał.

Komfort spania dopełniały pompowane materace i śpiwory. 

Ze względu na to, że współczesne lekkie namioty mają dość cienkie podłogi podatne na uszkodzenia zawsze pod spód rozkładałem plandekę. Tak, taką zwykłą plandekę 2 x 3 m.


Ciepłe posiłki to kartusz i palnik. Myślałem o innym rozwiązaniu na paliwo płynne, ale w tym przypadku zaważyły względy… posiadania. Po prostu mam kilka kartuszy w domu i szkoda ich nie wykorzystywać.

I jeszcze jedna rzecz, którą zrobiłem przed wyjazdem: zmieniłem opony. Na zdjęciu poniżej widać dlaczego. Tak, chodzi o ten refleksyjny okrąg na kołach. Dodatkowy odblask poprawiający widoczność, a więc i bezpieczeństwo.



A propos opon obie były takie same (Schwalbe Mondial). Bardzo dobrze dobrze spisały się na różnych nawierzchniach (asfalt, bruk, szutr, gruntówka) oprócz dróg piaszczystych. I jak można przypuszczać tylna była nieco bardziej zużyta niż przednia, ale po to miałem dwie identyczne, by po powrocie zamienić je miejscami; ot, taki patent na dłuższe życie przedmiotów.

Jeszcze jedna ważna rzecz: napęd (Shimano, Tiagra 4700, 10-rzędów). Dysponowałem korbą 50-34 i kasetą 11-32. Dużej tarczy użyłem tylko raz na zjeździe w pierwszym dniu, potem łańcuch powędrował na 34 zęby i tam pozostał do końca. Zjazd był wykorzystywany do uniesienia się z siodełka, nie do dokręcania celem większej prędkości. 

Tarcza 32 w kasecie, to dla mnie za mało. Dawałem radę, ale mogłoby być więcej (np. 34). 

W przyszłości do rozważenia zamiana korby na 46-30 lub zmiana napędu na pojedynczy blat z 11-rzędową (może 12) kasetą.


Co jeszcze? Rowery na noc zawsze były spinane i dodatkowo zabezpieczane (plandeka chroniła przed np. opadem lub rosą i powodowała dodatkowy charakterystyczny szelest, gdyby ktoś chciał zajrzeć co jest pod nią), a nawet, gdy tego wymagały okoliczności, maskowane. Wiem, że zielona byłaby do tego lepsza, ale jak byłem na zakupach, to były tylko niebieskie.

Na dwa pytania: co zabrać ze sobą i jak się pakować mogę udzielić tylko takiej porady. Weź najmniejszą potrzebną ilość rzeczy, która zapewni ci komfort nie tylko jazdy ale i odpoczynku, zwłaszcza spania.

Pakuj rzeczy tak, by najcięższe mieć jak najbliżej ramy i nie przeciążaj kierownicy, bo to wpływa na sterowność roweru. Resztę i tak wypracujesz sam w czasie wyprawy i staniesz się mistrzem upychania rzeczy w niewielkiej przestrzeni.


Po kilku dniach zauważysz, że wpadasz w pewien schemat pobudki, pakowania, jazdy, posiłków, etc. Tego też każdy sam doświadcza i dostosowuje do własnych preferencji i upodobań.


Powodzenia! 




podobało się, skorzystałeś? postaw kawę autorowi